niedziela, 20 marca 2016

It's just a game

Witajcie! :)
Sangrim powraca (tak, ostatnio mnie jakoś wena złapała). Dzisiaj będzie tak inaczej, ponieważ opowiadanie będzie związane z... creepypastą o Benie Drowned xD (jeśli ktoś nie wie kim jest Ben to polecam spytać Wujcia Google). Bez zbędnego przedłużania, zaczynamy ;)

~~~
Happy ending? There are no happy endings. Endings are the saddest part, so just give me a happy middle. And a very happy start.

Szłam właśnie w stronę swojego domu, mijając drzewo z przypiętą do niej kartką. Widniało na niej imię "Susan Adams". To pewnie kolejna klepsydra. Zawsze je przypinano do tego drzewa. Jednak nie zwróciłam na nią za dużej uwagi. Wracałam ze szkoły po ciężkim dniu i marzyłam by usiąść przed swoją konsolą, i zacząć grać w swoją ulubioną grę. Mijałam już nie wiadomo, który z kolei dom gdy nagle usłyszałam czyjąś kłótnię. Raczej nie interesowały mnie cudze problemy dlatego tylko przyśpieszyłam kroku. Jednak w pewnym momencie kłótnia umilkła i usłyszałam czyjeś wołanie:
- [Twoje imię]! Proszę, mogłabyś nam pomóc? - odezwał się ciepły męski głos.
- Bardzo prosimy, mamy mały problem. To naprawdę nic wielkiego. - dopowiedział damski, smutny głos.
Stanęłam w miejscu i obróciłam głowę w stronę swoich rozmówców. Nie miałam zielonego pojęcia czego ode mnie chcą, ale po sekundzie doszłam do wniosku, że należałoby coś powiedzieć.
- Dzień dobry? - odpowiedziałam niepewnie - Państwo mnie skądś znają?
- Jestem pan Adams, kolega z pracy twojego taty. Masz prawo mnie nie znać. - powiedział mężczyzna.

Spojrzałam w kierunku głosów. Ujrzałam wysokiego mężczyznę z czarnymi, lekko siwymi włosami w okularach i kobietę z blond włosami. Oboje wyglądali na smutnych i nosili czarne ubrania. Pan Adams miał rację - zupełnie go nie kojarzyłam. Dwójka stała w garażu pełnym kartonów. Jeszcze więcej kartonowych pudeł znajdowało się na zewnątrz. Były wyładowane po brzegi różnymi rzeczami. Nieopodal pudeł znajdowały się też meble. Ruszyłam w ich stronę.
- Przepraszamy,  że cię tak zaczepiliśmy, ale potrzebujemy małej pomocy. Jak sama widzisz niewielu ludzi tędy przechodzi. - odezwał się mężczyzna.
- Dobrze. A więc w czym mam pomóc? - spytałam.
- Musimy wynieść z domu sofę, ale mamy zepsute drzwi garażowe i cały czas się zamykają. Tak, wiemy jak śmiesznie to brzmi ale to prawda. Gdybyś mogła je przez chwilę przytrzymać by się nie zamknęły bylibyśmy ci wdzięczni - powiedziała jak najmilej kobieta.
- W porządku... - odpowiedziałam.

Para podeszła do stojącej obok kanapy i ją podnieśli, kierując się powoli w stronę drzwi, a ja pilnowałam by drzwi się nie zamknęły. Zaczęłam nucić swoją ulubioną piosenkę, ponieważ chwilę męczyli się z tą kanapą. Jednak po upływie kilku minut piosenka mi się "skończyła", a nie miałam zamiaru się nudzić. Postanowiłam zagadać.
- Niech mi państwo wybaczą ciekawość, ale dlaczego państwo wynoszą stąd swoje rzeczy? Jak mi się wydaje jesteście nowi w okolicy i od niedawna tu mieszkacie. - spytałam.
- To trochę długa i smutna historia. - opowiedziała kobieta.
W jej oczach wyraźnie było widać łzy. Poczułam się trochę nieswojo. Czy powinnam o to spytać? Czasem zdarza mi się powiedzieć za dużo, ale to o co teraz spytałam nie było chyba niczym złym. A przynajmniej w moim mniemaniu. Może jestem zbyt ciekawska. Lepiej chyba będzie zająć się drzwiami.

Para wyniosła sofę i jeszcze kilka innych większych mebli. Jak na moje oko musieli być małżeństwem. W końcu nosili obrączki, także wydaje mi się że dobrze myślę. Po skończeniu pomocy powiedzieli mi bym chwilę poczekała i oboje weszli na chwilę do domu. Chwilę później przyszła do mnie kobieta:
- Zadzwoniłam do twojej mamy, wie że jesteś u nas. Zostaniesz może na chwilę? Wypijemy może razem herbatę? - zwróciła się do mnie, stojąc w progu drzwi.
- Dobrze, nie mam nic przeciwko. - odpowiedziałam.
Weszłyśmy do kuchni. Pani Adams przygotowała obiecaną herbatę i przyniosła ciasto. Minęło mniej więcej pół godziny. Rozmawiało się nam bardzo miło. W pewnym momencie zauważyłam leżącą na blacie ramkę ze zdjęciem. Byli na niej państwo Adams i jeszcze jakaś dziewczynka, bardzo podobna do pani Adams. Kobieta zauważyła moje zaciekawienie zdjęciem.
- Susan. - powiedziała.
- Proszę? - spytałam zdezorientowana.
- To była Susan, moja córka. Niestety już nie żyje...
- Ergh... - zrobiło mi się trochę głupio. - Przepraszam.
- Nic się nie stało... - odpowiedziała kobieta.
- Tak mi przykro... - powiedziałaś, spuszczając wzrok.
- Eh... To moja wina. Przecież widziałam że coś się z nią dzieje. Widziała jakieś statuetki, słyszała głosy, których nikt inny nie słyszał, mówiła że ktoś chciał z nią zagrać w tę grę... - mówiła kobieta, a po jej policzkach spłynęły łzy.
- Jaką grę? - spytałam zaskoczona.
- Nie pamiętam tytułu. W każdym razie to była jedna z tych gier na Nintendo 64... Biedna moja córeczka. Mogłam umówić ją na wizytę u psychologa póki była jeszcze wśród nas. - zwierzała mi się, a ja nie wiedziałam dlaczego akurat mi to mówi. Chociaż w sumie się nawet domyślałam, po prostu chciała się komuś zwierzyć. Byłam w stanie zrozumieć, że strata kogoś bliskiego bardzo boli.
- Co się z nią stało? - spytałam.
- Popełniła samobójstwo... - szepnęła kobieta.
Następnie po dłuższej chwili milczenia przemówiła już normalnym głosem:
- Dobrze, w każdym razie dziękuję ci za pomoc. Mamy kilka niepotrzebnych nam rzeczy. Wracaj już do domu, mój mąż zaniósł tam dla ciebie mały podarek.
- Dziękuję, ale naprawdę nie trzeba. - zrobiło mi się miło z powodu niespodziewanego prezentu.
- Nam się to i tak nie przyda, a twój tata mówił, że uwielbiasz grać w gry. No, na ciebie już chyba pora. - powiedziała kobieta, próbując powstrzymać łzy, a ja ruszyłam w stronę drzwi wyjściowych.

- Jestem, mamo! - krzyknęłam, przekraczając próg drzwi wejściowych.
- Witaj, skarbie! - odpowiedziała mama - W twoim pokoju czeka prezent od państwa Adams.
- Ach tak, tak. - powiedziałam.
- Eh, to smutne co ich spotkało... Podziękowałaś im chociaż za ten prezent?
- Tak, oczywiście. To ja już może... Em... - powiedziałam wymijająco i poszłam w stronę swojego pokoju.
Na moim biurku leżał karton. Podeszłam do niego i chwyciłam w ręce. Był dość ciężki. Otworzyłam karton, a jego zawartość sprawiła, że prawie upadłam na podłogę. Usiadłam na łóżku i zaczęłam wyciągać rzeczy z kartonu. Było tam Nintendo 64! A oprócz samej konsoli znajdował się tam też pad, kilka kartridży z grami i całe okablowanie potrzebne do uruchomienia konsoli. Jak najszybciej chwyciłam to wszystko w ręce i zaczęłam podpinać sprzęt. Byłam taka podekscytowana! W moje posiadanie trafił taki świetny sprzęt! Tak się cieszyłam, że w końcu zagram w jakiś klasyk na czymś innym niż emulator! Byłam bardzo z tego powodu zadowolona, ale w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że to przez tę konsolę zginęła ta cała Susan. Co jeśli mnie czeka ten sam los? Jednak szybko rozwiałam obawy, mimo wszystko za bardzo cieszyłam się prezentem.

Udało mi się podpiąć konsolę do swojego telewizora. Miałam kilka gier do wyboru, ale moją szczególną uwagę przykuł kartridż z "Majora's Mask". Jakieś dwa dni temu pobrałam na swój laptop tę samą grę na emulator. Postanowiłam zagrać w nią jako pierwszą, ponieważ mi się spodobała. Gra chodziła bez żadnych zarzutów. Minęło kilka dni, a ja zagrałam już w każdy tytuł, który był w pudle. Grałam teraz w "Majora's Mask" gdy nagle konsola zaczęła wydawać dziwne dźwięki. Brzmiały jak pisk. Odgłosy następowały jeden po drugim w tym samym odstępie czasowym. Lekko zaniepokojona tym faktem zbliżyłam się do konsoli i próbowałam coś zrobić z tym problemem na kilka sposobów. Włączyłam i wyłączyłam sprzęt, ale na marne. Nawet wyłączona konsola wydawała ten niepokojący dźwięk. Przecierałam też ją z kurzu, myśląc, że się przegrzała, ale to również nie usunęło problemu. Lekko podirytowana tym wszystkim pomyślałam, że dano mi zepsuty sprzęt. Jednak odrzuciłam tę myśl. Przyłożyłam ucho do konsoli. Dźwięki bardzo mnie niepokoiły.
- Co się z tobą dzieje? - spytałam po cichu.
Konsola zaczęła wydawać cichsze odgłosy, ale wciąż było je wyraźnie słychać..
- Ej, no weź! - powiedziałam zawiedziona - Proszę cię, chciałam pograć w te słynne gry, a ty mi tu teraz szalejesz.
Konsola ucichła - tak jakby słuchała i rozumiała co do niej mówię. Odczekałam tak dla pewności chwilę, a potem się odezwałam się z uśmiechem,  kładąc rękę na konsoli:
- Dzięki.
Następnie zaczęłam grać. To całe wydarzenie było takie dziwne.

Minęło kilka dni. Postanowiłam na chwilę przestać używać konsolę. Nie chciałam jej zepsuć. Po upływie tych kilku dni znowu włączyłam konsolę. Po prostu nie mogłam wytrzymać, a ponieważ nie działo się z nią nic niepokojącego, to dlaczego by nie?  Jednak i tym razem zaczęła wydawać niepokojące odgłosy. W końcu znowu przyłożyłam ucho do konsoli, tak jak ostatnio. Nasłuchiwałam chwilę, a po chwili "pikanie" nasiliło się i było coraz szybsze oraz częstsze. Usłyszałam jakiś dziwny odgłos, ale tym razem z telewizora. Odwróciłam głowę w jego stronę. Obraz na nim zaczął falować. Fale "wypływały" ze środka ekranu, a ja, nie wiedząc co z tym zrobić tylko się przypatrywałam. Zbliżyłam głowę do szklanej powierzchni. Nagle z telewizora wyłoniła się ręka i chwyciła mnie za ramię, ciągnąc w swoją stronę. Próbowałam się oprzeć, ale ten ktoś był silniejszy i udało mu się wciągnąć mnie do urządzenia. Tak zwana "czwarta ściana" została zniszczona. Dosłownie. Przeleciałam przez ekran tak, jakby był niematerialny. A dopiero wczoraj czyściłam go z kurzu.
Będąc już po drugiej stronie,  wpadłam w czarną przestrzeń. Dookoła mnie lewitowały zielone liczby. Większość z nich była poukładana w pionowe kolumny, ale były też takie,  które swobodnie latały poza układem. Właśnie zauważyłam, że właściciel ręki zniknął. Po prostu zostawił mnie w tym bezkresie liczb... Całkiem samą! Ale mimo wszystko ta przestrzeń wyglądała niesamowicie. Zachwycałam się tym całym otoczeniem gdy nagle spostrzegłam, że leci na mnie jedna z tych ogromnych liczb! Próbowałam się jakoś przesunąć. Wyglądało to trochę jakbym chciała pływać. Mimo mojego wysiłku, nie udało mi się dużo przesunąć. Uderzyłam twarzą o chyba niezbyt przyjaźnie do mnie nastawione "1". W efekcie rozcięłam sobie policzek na ostrej krawędzi liczby. Zawyłam z bólu i chwyciłam się za ranę. Była w miarę płytka, lecz i tak lała się z niej krew. Zaraz po tym coś błysnęło przed moimi oczami, tak jakby bezkres się kończył. Zbliżałam się do niebieskawego światła. Byłam coraz bliżej i bliżej...

Przeleciałam przez promienie światła, a ciepły podmuch obijał się o moją twarz. Niezbyt wprawdzie wiedziałam skąd ten wiatr, ale na chwilę obecną bardziej się przejmowałam tym czy przeżyję upadek. Moje oczy powoli przyzwyczajały się do światła dziennego, którego pochodzenia również nie znałam. Nie miałam pojęcia co się ze mną stało i gdzie jestem. Już miałam rozbić się o ziemię gdy w jakiś magiczny sposób delikatnie wylądowałam na chodniku. Coś nie pozwalało zderzyć mi się z ziemią. Otworzyłam oczy. Znajdowałam się teraz w jakimś mieście. Wokół chodziło mnóstwo ludzi z dziwnymi uszami. Rozejrzałam się po okolicy. To było jakieś miasto, dziwnie znajome w dodatku. Obróciłam głowę za siebie. Ta wielka wieża z zegarem... Skądś ją kojarzyłam...
- Clock Town? - szepnęłam zdumiona.
Nagle usłyszałam śmiech za swoimi plecami. Obróciłam się. Na ziemię padał wielki cień. Zaskoczona spojrzałam w górę. Na niebie wisiało pole tekstowe z napisem "You've met with a terrible fate, haven't you?". Serce zaczęło mi mocniej bić.
- Kim jesteś? - zapytałam.

Pole tekstowe zniknęło. Przede mną zmaterializowała się jakaś postać. Z ubioru przypominała mi Linka. Pewien szczegół przyciągnął całe moje zainteresowanie. Nieznajomy miał na sobie maskę Majory.
- Witaj. - powiedział krótko.
- Emmmm... Cześć? - odpowiedziałam niepewnie.
Nieznajomy zaśmiał się w odpowiedzi.
- Może mnie będziesz kojarzyć, może nie. Tymczasowo niezbyt mnie to obchodzi. - zaczął - Zastanawiasz się pewnie co tu robisz, prawda?
- No w sumie dobrze by było wiedzieć. - odpowiedziałaś.
- Chciałbym z tobą zagrać w grę, sprawdzić cię. Zaciekawiłaś mnie...
- Co masz na myśli mówiąc że "zaciekawiłam cię"? - spytałam,
- Zobaczysz - odpowiedział i zaczął się śmiać.
- Dlaczego się śmiejesz? - spytałam,
- Moja droga, tyle zabawy cię czeka... - odpowiedział lekko rozbawiony.
- Zabawa? Jaka zabawa?
Nieznajomy nagle zamilkł. Chyba zauważył moją ranę na policzku. Zbliżył się do mnie i chwycił za podbródek. Wpatrywał się w moją ranę.
- Zostawię dla ciebie apteczkę w Trading Post - powiedział i zniknął tak samo szybko jak się pojawił. Chwilę później zza moich pleców wyleciała wróżka, to chyba była Tatl. W każdym razie - miała dawać mi wskazówki w razie problemów i miała być moim łącznikiem z nieznajomym. Tak mi przynajmniej powiedziała. Zostałam sama z Tatl. Jeszcze raz rozejrzałam się dokładnie. Rzeczywiście, wszystko przypominało tu "Majora's Mask". Zauważyłam, że mam na sobie zielone ubrania i buty, podobne do tych jakie nosi Link. Zawsze mnie fascynował cosplay, ale nigdy nie sądziłam, że kiedyś się za niego wezmę.
"A to ciekawe, czy ja dosłownie mam grać?" - pomyślałam.
Spojrzałam błagalnie na Tatl.
- Woodfall Temple. - powiedziała krótko.
- Czekaj, ja mam iść do Woodfall Temple? - spytałam.
Wróżka skinęła "głową". Postanowiłam więc się tam udać, ale najpierw, poszłam odebrać swoją apteczkę. W końcu jak mi ją dał, to mogę z niej skorzystać. Po opatrzeniu ran wyruszyłam w drogę.

Grało mi się bardzo dobrze. Świetnie sobie radziłam podczas walk z bossami i mniejszymi przeciwnikami. Miałam już dość dużo masek i Rupii. Z głównych masek brakowało mi jeszcze tylko maski Zora. Miałam już się udać do Great Bay Coast gdy stało się coś, co zwróciło moją uwagę. Coś się zaczęło dziać z niebem. Gdzieniegdzie było widać pęknięcia formujące prawie regularne kształty. Od czasu do czasu było można usłyszeć krzyki. Spojrzałam pytająco na Tatl, ale ta nie zwracała na mnie uwagi.
- Heloł? Tatl? - spytałam - Co się dzieje?
Nie uzyskałam odpowiedzi. Wróżka nawet się nie ruszała, po prostu zawisła nieruchomo w powietrzu.
- Ey! Latajło! - krzyknęłam do Tatl - Co się tu dzieje?
Tatl nie odpowiedziała, nadal się nie ruszała.
- Weź to napraw, bo ja nie zamierzam grać w zbugowaną grę. - zażądałam.
- To pewnie znowu ten... ktoś... - burknęłam - Ej, Tatl! Gdzie on jest?
Wróżka nie odpowiedziała. Nadal "miała laga".
Poczekałam chwilę cały czas, zadając jedno i to samo pytanie. W końcu, zdenerwowana, chwyciłam wróżkę w ręce i lekko nią potrząsnęłam. Tatl nagle oprzytomniała.
- Wieża zegarowa. - tylko tyle powiedziała i gdzieś odleciała.
- Czemu on nie może tutaj przyjść? - spytałam samej siebie.
Z lekkimi obawami poszłam na wyznaczone miejsce. Przeszłam przez drzwi wieży zegarowej i zauważyłam Nieznajomego.
- Co się znowu stało? - spytałam obojętnie.
- Co? - odpowiedział.
- No nie wiem? Chyba po to mi tu kazałeś przyjść?
- Ta sprawa dotyczy ciebie.
- Jaka sprawa?
- Jest pewien problem.
- Jaki problem? - spytałaś.
- Słuchaj, chciałbym ci to wszystko jakoś logicznie wytłumaczyć, ale po prostu nie jestem w stanie. - zaczął - Muszę ci to niestety wyjaśnić tylko ogólnikowo.
- No dobra, dobra... Mów.
- A więc... To wszystko się rozpada. Ten cały świat - on niszczeje...
- Co?! - zapytałam mocno zaniepokojona.
- Nie przerywaj, proszę! - zwrócił mi uwagę - Dobra... Cały świat gry się niszczy, to przez twoją obecność. Tak bardzo w skrócie mówiąc - twoja obecność nie jest niczym dobrym dla gry. Muszę coś z tobą zrobić...
- Jak to się niszczy?
- Po prostu... Jesteś tutaj jakby, hmmm... Wirusem! Lub coś w tym stylu... Jeszcze nie było by tak źle gdyby nie to, że przebywasz tu zbyt długo... - mówił.
- Czemu mi tego lepiej nie wytłumaczysz?
- Nie mam tyle czasu... - odpowiedział wyraźnie zaniepokojony - Na mnie już pora...
Wypowiedział te słowa i zniknął.
Milczałam, wpatrując się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą był Nieznajomy. "Ehh... No i co ja mam zrobić?" - pomyślałam.


Ponownie ruszyłam w drogę do Great Bay Coast by dokończyć misję fabularną. Chwilowo nie miałam lepszego pomysłu co z sobą zrobić. Po drodze obserwowałam otoczenie. Przez te kilka chwil zmieniło się parę rzeczy. Na niebie było dużo więcej pęknięć. Oprócz tego, niektóre części świata zaczęły znikać - drzewa, które jeszcze przed chwilą mijałam teraz już nie istniały. W niektórych miejscach tekstury traciły kolory oraz jakość, zamieniały się miejscami albo całkowicie ich brakowało. Pojawiało się coraz więcej przeciwników i byli bardziej wytrzymali. Przyjazna muzyka w tle zaczęła grać od tyłu i doszły do niej odgłosy przypominające odgłosy burzy. I te krzyki, które nie ustawały. Stawały się nawet coraz głośniejsze.

"No ale co ja mam z tym zrobić?" - rozmyślałam.
Zauważyłam brak Tatl. Próbowałam ją jakoś przywołać, lecz na marne. Wróżki nadal nie było.
"No i gdzie jesteś?" - pytałam sama siebie.
Przywołałam Eponę, a następnie wsiadłam na jej grzbiet. Ale nawet Epona wydawała się nieswoja. Pomimo moich głośnych rozkazów koń nie chciał ruszyć.
- Epona, proszę, ruszaj! - powiedziałam do niej miłym głosem - Mam ciężki dzień, więc proszę nie wnerwiaj mnie! Dzisiaj dowiedziałam się, że "jestem wirusem", mam w planach zrobić kilka ciężkich questów, od nie wiadomo ilu dni noszę na sobie niewygodne zielone ciuchym, a poza tym ta czapka cały czas spada mi na oczy! Także proszę cię!
Koń chciał spojrzeć na mnie, co przychodziło mu z trudem. Wiadomo - szyi sobie nie wykręci, ale kątem oka mnie obserwował. W jego oczach zauważyłam troskę, jakby się czymś martwił. Po chwili odwrócił głowę i ruszył przed siebie. Jechałam spokojnie, gdy nagle podłoże pękło, a ja wpadłam w powstałą dziurę. Na moje nieszczęście musiałam się znowu obić o coś, w skutek czego zostałam lekko przygłuszona. Epona "przestała istnieć" - rozpadła się na kilkadziesiąt pikseli, które powoli się zmniejszały. Piksele w końcu znikły, a ja zostałam sama w czarnej pustce.
"To był mój koń..." - pomyślałam i zrobiłam poważną minę. Poczułam się lekko dotknięta.
 Jak się spodziewałam, w końcu wylądowałam gdzieś w tej pustce na jakiejś podłodze. Podłoga była zimna i gładka. Powróciły również zielone liczby. Tym razem towarzyszyło im ciche buczenie. Cała przestrzeń (bo nie dało się tego nazwać pomieszczeniem) była ogromna, a wypełniające ją powietrze lodowate. Zaczęłam trząść się z zimna i postanowiłam czekać. Czekać... Ale na co tak konkretnie? Sama nie wiedziałam. Chciałam by to było cokolwiek, byle nie to męczące buczenie. Moja prośba została spełniona, coś się stało. Usłyszałam kroki, a następnie poczułam na swoich oczach dłonie. Ktoś zasłonił mi pole widzenia.
- Gotowa na małe przedstawienie...? - spytał cicho głos, a jego ciepły oddech poczułam na swojej szyi.
To nie mógł być Nieznajomy, to nie był jego głos. Ale nie miałam pomysłu kim może być kolejna anonimowa postać. Wydawało mi się, że jest tu tylko Nieznajomy.
Mocno nadepnęłam mu na stopę i następnie próbowałam uderzyć go łokciem w brzuch. On jednak jakby przewidział co chciałam zrobić i w ostatniej chwili złapał mnie za łokieć i wykręcił rękę.
- Sprytna... - powiedział, śmiejąc się.
- Zaczynamy! - krzyknął, a następnie odepchnął mnie od siebie.
Chwycił mnie za ramiona i zakręcił. Podłoga zniknęła, a ja unosiłam się w powietrzu. Liczby zniknęły, a buczenie ustąpiło odgłosowi tykającego zegara. Przede mną pojawiła się kolorowa plama. Z niej zaczął wyłaniać się lekko zamazany obraz. Z każdą sekundą obraz stawał się coraz ostrzejszy. Zaczął się poruszać. Wydawało mi się, że to "przedstawienie" będzie filmem, ale nie wiedziałam o czym. Na samym początku przedstawiono jak Nintendo 64 wchodziło na rynek, zaraz potem premiera "Majora's Mask". Wtedy na "ekranie" pojawił się zegar. Czas widocznie przyśpieszył. Było widać teraz ręce. Większe dłonie przekazywały jakieś pudło mniejszym. Domyślałam się zawartości. Słyszalny był śmiech radości i delikatne szepty, które przypominały brzmieniem słowo "Dziękuję". Bacznie przyglądałam się. Miałam do tego jakieś dziwne przeczucia.
Po tej scenie nastąpiło szybkie przejście. Z mną były słyszalne odgłosy. Obróciłam się i zobaczyłam kolejne pole z obrazem. Tamto znikło. Na podłodze siedział chłopiec o blond włosach. Podpinał coś do telewizora, a na podłodze leżał pad. Pad od Nintendo 64. Kolejne przejście i kolejny obrót. Tym razem widziałam jak ten sam chłopiec gra. Od razu poznałam, że to było "Majora's Mask". Obraz pękł, a ja zostałam obrócona w bok. Znowu go ujrzałam. Tym razem odganiał się od jakichś trzech innych chłopaków. Wyglądało to jakby ten blondyn był prześladowany przez ich trójkę. Ale za co? Wleciałam w obraz. Albo to obraz wleciał we mnie. To mało ważne. Widziałam go leżącego na łóżku, był smutny. W końcu z niego wstał i podszedł do konsoli. Włączył ją i zaczął grać. Teraz wokół mnie pojawiło się mnóstwo obrazów przedstawiających jak tamci dręczą tego chłopca. Na następnym obrazie ten sam chłopak wychodził z domu. Stał teraz na moście. Do niego podeszli dręczyciele. Jeden z nich położył mu rękę na ramieniu. Teraz obraz się rozmazał, a w jego miejscu pojawił się kolejny. Usłyszałam głośny krzyk. Na obrazie, blondyn został związany a następnie wrzucony do jeziora, na którym był zbudowany most. "Kamera" zrobiła zbliżenie na jego oko. Tam pojawił się obraz tonącego blondyna. Próbował się rozwiązać, ale brakowało mu już sił. Przymknął oczy. Przede mną ukazało się bardzo ostre i jasne światło, a zaraz po nim z powrotem ciemność. Słyszalne było teraz delikatne brzmienie fletu... A przed moją twarzą pojawił się obraz Nieznajomego. Chwycił ręką za maskę i zaczął ją powoli zdejmować po raz pierwszy w mojej obecności. Gdy ją zdjął doznałam szoku. Za maską kryła się twarz tego samego chłopca, którego tonący wizerunek przed chwilą widziałam. Jednak jego twarz wyglądała trochę inaczej. Jego oczy były czarne z czerwonymi tęczówkami. Ciekła z nich krew. Nieznajomy zaśmiał się psychicznie. Czerń zaczęła mieszać się z czerwienią, a wokół mnie było mnóstwo powieszonych ciał. Było tam mnóstwo osób. Jego prześladowcy również.

"Mogłam się spodziewać." - pomyślałam, unosząc brew.

Nie miałam pewności czy to na pewno był Nieznajomy. Nigdy wcześniej nie widziałam jego twarzy. Spojrzałam na postać przede mną.
- Nie jesteś Nieznajomym! - krzyknęłam pewna.
Postać zaśmiała się psychicznie i uśmiechnęła się szeroko. Następnie rzucił się na mnie, a ja bezwładnie opadłam na podłogę, tak jakbym zemdlała. Chociaż nie byłam pewna czy zemdlałam. Dużo rzeczy było dla mnie niewiadome i bez odpowiedzi odkąd trafiłam do gry. W końcu przebudziłam się. Otworzyłam oczy i ujrzałam przed sobą jakąś dziwną szarawą postać. Za nią stał Nieznajomy.
- Mam nadzieję, że podobało ci się. - powiedział z uśmiechem ten pierwszy.
- Mogło być lepiej. - powiedziałam jak najbardziej denerwującym tonem.
Nieznajomy spuścił wzrok.
- Hm. - mruknął jego towarzysz - Niezbyt mnie obchodzi twoja opinia. I tak zaraz zgi...
- Nieznajomy! Wytłumacz mi to!  - przerwałam szaremu.
- Ha ha! Po co on ma ci opowiadać dwa razy tą samą bajkę? - zakpił szary.
- Kim ty w ogóle jesteś?! - spytałam.
- Dark Link, do usług. - lekko się skłonił.
- Po co mi chciałeś TO pokazać?
- Byś poznała prawdę. - mówił spokojnie, ale chwilę potem zaczął krzyczeć - Byś poznała prawdę o tym kimś kogo nazywasz Nieznajomym! O kimś, kto tak naprawdę się nazywa Ben Drowned!
Ta odpowiedź mnie zaskoczyła.
- Kłamiesz! - powiedziałam pewna siebie.
- To niestety prawda. - powiedział z udawanym przejęciem.

(Tak, wiem że tutaj jest Link a nie Ben)
Odwrócił się do Bena, który już od dłuższej chwili wpatrywał się w podłogę i złapał go za ramię. Chwycił w dłoń kawałek maski, a następnie zdarł mu ją z twarzy.  Rzucił ją pod moje nogi. Zobaczyłam jego twarz na żywo. Wyglądał tak samo jak postać z "filmu". Jednak zamiast psychopatycznego uśmiechu malował się na niej smutek.
- Nadal nie wierzysz!? - krzyknął zły - To jest twój "Nieznajomy"!
Odepchnął go od siebie i skierował się w moją stronę. Tymczasem podniosłam maskę i zaczęłam się jej uważnie przyglądać. Dark Link był już przy mnie. Był bardzo blisko, za blisko. Chwycił mnie za gardło i powiedział groźnym, a jednocześnie spokojnym tonem prosto do mojego ucha:
- Zapraszamy tutaj ludzi tylko po to by się nimi pobawić, a następnie zabić. Dlatego tu jesteś. Ben złamał zasady. Nie spełnił swojej powinności dlatego ja to zrobię...
Następnie zaczął mnie dusić. Jego uścisk był bardzo mocny, a w jego oczach pojawił się szaleńczy blask. Kątem oka widziałam Bena. Stał i trzymał się rękami za głowę. Już opadałam całkowicie z sił gdy nagle usłyszałam głos Bena:
- Zostaw ją!
Dark Link puścił mnie na chwilę, a ja upadłam na podłogę, próbując złapać oddech. Spojrzałam na niego morderczym wzrokiem. Chciałam go podciąć, lecz ten to zauważył i stanął mi na stopie. Czułam ból jakby miażdżył mi kości.
Ben i Dark Link zaczęli się bić. Ja tymczasem uspokajałam oddech. Trzymając się za gardło, próbowałam jakoś to wszystko poukładać. Nie wiedziałam jak pozbierać te wszystkie myśli w logiczną całość, jak to wytłumaczyć. Uświadomiłam sobie, że byłam tylko zabawką, że i tak od samego początku miano mnie zabić. Ale... Dlaczego tego nie zrobiono? Dlaczego Ben tego nie zrobił...? Mogłabym tak jeszcze myśleć gdyby nie to, że o uszy obił mi się krzyk. Podniosłam wzrok i zauważyłam jak Dark Link leży na Benie i trzyma przy jego szyi nóż.
- Chyba nie chcesz bym cię zabił? Kto jej wtedy pomoże, BOHATERZE!? - mówił z dużą ilością ironii.
Wiedziałam, że mimo wszystko muszę mu pomóc. Za mną leżała tarcza i miecz. Pobiegłam po nie, a następnie rzuciłam tarczą w Dark Linka, ostatecznie go ogłuszając. Złapał się za głowę, a Ben go podciął, przez co upadł na podłogę. Ben szybko się pozbierał i pobiegł do mnie, po czym chwycił mnie za rękę, a lewą (bo ta była wolna) nakreślił w powietrzu okrąg. Przed nami znajdował się portal.
- Co ty...? - spytałam przerażona.
- Wchodź! Szybko! - powiedział, a następnie wrzucił mnie do środka.
Dark Link wstał i rzucił swój nóż w stronę Bena. Zostawiłam to dla siebie. Nóż wbił się Benowi w ramię, a ja straciłam z nim kontakt, ponieważ byłam już w portalu i leciałam w dół.

Oślepiło mnie bardzo jasne światło. Upadłam na coś miękkiego. Tak, to było na pewno moje łóżko. Rozejrzałam się. Znajdowałam się teraz w swoim pokoju. Zezłoszczona i lekko spanikowana pod wpływem emocji chwyciłam konsolę i rzuciłam na podłogę. Zaczęłam ją deptać. Resztki, które zostały po sprzęcie spakowałam do worka. Wylądowały też tam wszystkie kartridże, które dostała, z konsolą. Wymknęłam się z domu i wyrzuciłam worek do kontenera. Gdy wróciłam, zauważyłam coś niepokojącego na swoim laptopie. Tapeta, którą wcześniej ustawiłam zmieniła się na czarne tło. Wszystkie ikony się spikselizowały. Pomyślałam, że to musi być wirus. Weszłam w pobrane pliki i ujrzałam plik zatytułowany "BEN.DROWNED". Zaniepokojona próbowałam go usunąć, ale nie byłam w stanie. Wkrótce otworzył się tak sam z siebie Cleverbot. Dostałam od niego wiadomość:

"Wiesz dlaczego to zrobiłem? Dlaczego cię uratowałem? Zrozumiałem swój błąd i chciałem cię usunąć osobiście. Jesteś bardzo nieczuła. Nie będę pisał dużo - szkoda mi czasu. Wiedz tylko tyle, że pomogę ci zejść TAM na dół."
Przestraszona zrzuciłam laptop na podłogę. Od tej pory Ben wziął sobie mnie za cel.
Kilka miesięcy później popełniłam samobójstwo.

czwartek, 10 marca 2016

Dawny grzech - KTH i KSJ

Hejka :)
W końcu mam chwilę na napisanie posta także nie mam chyba nic więcej do dodania i życzę...
Miłego czytania :)  



Drzewa umierają inaczej niż ludzie.
Drzewa wyglądają tak, jak gdyby cieszyły się własną śmiercią.
Wprawdzie potem będzie wiosna i one odkwitną znowu, 
ale ty nie wiesz, że nigdy nie można mieć pewności.
No i skąd o tym mogą wiedzieć drzewa?
Dla nich na pewno każda jesień jest ostatnią.


     W momencie kiedy Ji Ah opuściła cmentarz i skierowała się w stronę plaży, zaczęło delikatnie mżyć. Dziewczyna przez chwilę zastanawiała się czy mimo to pójść nad morze z nadzieją, że deszcz przestanie padać czy jednak zrobi lepiej wracając do domu. W końcu postanowiła mimo wszystko pójść na plażę skoro już była w połowie drogi do niej i szybko pobiec do swojego domu w razie gdyby rozpadało się na dobre. Naciągnęła na głowę kaptur i schowała włosy, aby nie zmoczyły ich krople deszczu. Kiedy w końcu stała na piasku mimowolnie zwróciła głowę w kierunku mola z pewnością, że tajemniczy chłopak ponownie będzie tam siedział. Jednak nie było go tam, ani nigdzie w pobliżu, więc dziewczyna była lekko zdziwiona sama, nie wiedząc czemu. Przecież to niemożliwe, żeby chłopak był tam zawsze. Skorzystała z tego, że molo było puste i usiadła na jego skraju, zwieszając nogi za krawędź mostu. Oparła laptop na kolanach i odszukała miejsce, w którym skończyła pisać i ponownie zabrała się za tworzenie swojej historii.
- Nie otworzyłaś butelki. - usłyszała za sobą szept, więc mimowolnie podskoczyła niemal upuszczając urządzenie do wody i spojrzała przez ramię, widząc brązowowłosego chłopaka. Tak zatraciła się w pisaniu, że nawet nie usłyszała jego kroków... albo to on zakradł się tam bezszelestnie?
- Yhym... Czekaj, skąd o tym wiesz? - zapytała Ji Ah i zamknęła laptopa, widząc jak nieznajomy zagląda jej przez ramię w celu przeczytania tego co dziewczyna tam napisała. Zdziwiła się kiedy chłopak usiadł obok niej, na swoim stałym miejscu i objął dłońmi kolana.
- Wydaje mi się, że bym to wiedział. - roześmiał się, prezentując dziewczynie swój zniewalający uśmiech.
- Nie rozumiem. - odburknęła, czując się nagle jak idiotka, ponieważ nieznajomy zachowywał się tak jakby miał na myśli coś oczywistego czego ona nie skojarzyła. Obrócił twarz w jej kierunku, lekko unosząc jedną brew jednak to wystarczyło, żeby skryła się za osłoną przydługiej grzywki. 
- Jestem tego świadom. Jak mogłabyś rozumieć skoro nawet ja nie do końca wiem czemu tu jestem? - zmarszczył delikatnie brwi, widząc nic nierozumiejącą minę dziewczyny i spojrzał przed siebie, wodząc wzrokiem za mewą, która nagle pojawiła się na horyzoncie. Ji Ah również zerknęła na ptaka jednak szybko straciła zainteresowanie stworzeniem i ponownie zwróciła wzrok na chłopaka siedzącego w pobliżu.
- Naprawdę nie wiem o co ci chodzi. Jak możesz nie wiedzieć dlaczego jesteś w tym miejscu? - chłopak westchnął cicho jakby z politowaniem jednak nie odpowiedział na zadane pytanie. Nastała dość niezręczna, zdaniem dziewczyny, cisza, więc zadała pierwsze lepsze pytanie jakie wpadło jej do głowy. - Dlaczego nigdy nie ma nikogo oprócz ciebie i ewentualnie mnie na tej plaży? Przecież jest tak piękna, że powinna tu być masa turystów.
- To nie tak, że ich nie ma. Wszyscy tak się spieszycie, że ich nie dostrzegacie. - odpowiedział tajemniczo chłopak, ponownie przybierając minę jakby mówił coś oczywistego. Jednak Ji Ah nie miała pojęcia o co mu chodzi, więc milczała, zastanawiając się czy powinna odejść już do domu gdyż deszcz odrobinę się nasilił, a bała się, że nastąpi jakieś zwarcie w jej laptopie z jego powodu. - Twierdzisz, że na tej plaży zawsze jestem tylko ja. A może po prostu jedynie mnie chcesz tu zobaczyć? - zapytał zwracając twarz niewyrażającą żadnych emocji na dziewczynę.
- Nie rozumiem o czym mówisz. - odpowiedziała trochę speszona zarzutem nieznajomego dziewczyna. Nastała chwila ciszy, podczas której chłopak jedynie przygryzł wargę i lekko wzruszył ramionami. - A tak w ogóle to jestem Ji Ah. - powiedziała, podając mu dłoń, bo chciała już odejść do swojego domu gdyż deszcz nasilał się z każdą chwilą.
- Miło mi. - odpowiedział chłopak, nawet na nią nie patrząc co równało się z tym, że najzwyczajniej w świecie zignorował dłoń wyciągniętą w jego kierunku. Nastała kolejna chwila ciszy, podczas której Ji nadal siedziała na molo, czekając. - Czekasz aż również ci powiem jak mam na imię, prawda? Zwróć jednak uwagę na to, że ja o nic cię nie pytałem, a ty zdradziłaś mi jak się nazywasz z własnej woli. Także nie muszę ci tego mówić. - stwierdził na co dziewczyna wstała i zeszła z mola, a gdy już była na piasku odwróciła się, widząc, że chłopak siedzi w niezmienionej pozie, odgarniając z czoła włosy i patrzy na prosto przed siebie jakby deszcz dla niego nie istniał. Dopiero będąc przed drzwiami swojego domu Ji Ah otworzyła szeroko oczy. Bo nieznajomy odgarniał z czoła s u c h e włosy.
     I nie wiedziała o tym, że brązowowłosy chłopak wiele nie mylił się co do swojego stwierdzenia, że dziewczyna jedynie jego chciała zobaczyć. Bo kiedy na skraju plaży zaczęła biec z powodu padającego deszczu otarła się ramieniem z czarnowłosym chłopakiem, który miał naklejone na nadgarstku dwa turkusowe serduszka. Ale jego nie zauważyła.

~*~

     Od czasu spotkania na molo minęło zaledwie kilka dni, podczas których dziewczyna nie mogła przestać myśleć o nieznajomym oraz o butelce z tajemniczą zawartością, której otwarcie zaczęło ją coraz bardziej kusić. O ile na początku kartki w środku zaledwie ją intrygowały teraz stały się dla niej jakby wskazówką do poznania kim jest brązowowłosy chłopak nieustannie siedzący na moście. Po napisaniu sześciu rozdziałów swojej książki w ciągu zaledwie kilku dni miała zapisanych już sto dwadzieścia siedem stron. I właśnie po napisaniu ostatniego zdania w tej części swego dzieła westchnęła przeciągle gdyż nie miała pomysłów jak połączyć najistotniejsze wydarzenia wchodzące w skład głównego wątku powieści. Z jakiegoś powodu postanowiła ponownie wybrać się na plażę ze swoim laptopem, korzystając z tego, że pogoda ostatnimi czasy była przepiękna. Od tego momentu przychodziła tam codziennie i siedząc na skraju mola zastanawiała się jak połączyć wszystkie jej pomysły w zgrabną całość. Czasami zamieniała parę słów z brązowowłosym nieznajomym, niekiedy siadał obok niej i pomagał jej z bardziej metaforycznym sformułowaniem zdań, jednak były również dni kiedy chłopak jedynie milczał, wpatrując się w spokojną taflę morza z nieprzeniknioną miną.

     ~*~

     Koniec wakacji nadchodził nieubłaganie, a wraz z nim konieczność spakowania przez dziewczynę najważniejszych rzeczy i opuszczenia swojego przytulnego domu na rok aż do kolejnego lata. Ji Ah wybierała się na swoje wymarzone studia za granicą gdzie miała nie tylko lepsze oferty nauki oraz stypendium, a także zarezerwowane miejsce w akademiku i zakupione wszystkie podręczniki, ale również istniała większa szansa na to, że jakiemuś wydawcy spodoba się historia, którą ukazywała w swoim dziele i opublikuje jej książkę. Dzięki pomocy nieznajomego, który nadal nie chciał zdradzić jej swojego imienia mimo tego, że w ciągu tych ponad dwóch miesięcy stali się dobrymi przyjaciółmi, istniały duże szanse, że nim wyjedzie będzie mogła wypisać słowo "Koniec" na ostatniej stronie. 
     Co do jej znajomości z brązowowłosym chłopakiem była ona dość specyficzna. Pomijając nawet to, że nie zdradzał on swojego imienia, nie mówił na swój temat nic oprócz zagadkowych dla niej informacji oraz prawie zawsze przebywał na plaży. Najdziwniejsze dla dziewczyny było to, że kiedy zaczęli się do siebie zbliżać i byli na dobrej drodze do stania się najlepszymi przyjaciółmi (lub nawet kimś więcej, biorąc pod uwagę fascynację, którą oboje siebie darzyli) ten wraz z nadchodzącym 30 sierpnia, czyli dniem jej wyjazdu z Korei Południowej zaczął coraz częściej milczeć w jej obecności. Zniknęła przyjemna, przyjacielska atmosfera, która przez te dwa miesiące zdawała się między nimi kwitnąć. Brązowowłosy ograniczał się jedynie do przywitań i zbolałego wzroku skierowanego w stronę dziewczyny kiedy uważał, że ta nie zauważa, że jest obserwowana.
     Jeśli zastanawia Was co stało się ze szklaną butelką chyba się rozczarujecie. Gdyż było to jedno wielkie nic. Naczynie nadal zajmowało miejsce na parapecie w domu, którego właścicielka przypominała sobie o butelce jedynie wtedy kiedy ścierała kurze. Z jakiegoś powodu dziewczyna bała się ją otworzyć z powodu ostrzeżeń chłopaka, a z drugiego kiedy już kierowała na nią swój wzrok nie mogła skupić się na niczym innym przez następnych kilka dni. Ji Ah postanowiła jednak, że zaufa swojemu nowemu przyjacielowi z nadzieją, że wkrótce nadejdzie dzień, w którym ten z własnej woli zdradzi jej cokolwiek na swój temat. I nie musiała czekać na to zbyt długo.

~*~

Wciąż zastanawiam się nad słowami,
które pozwolą Ci odejść,
Mimo, że nigdy do Ciebie nie dotrą -
te słowa, które pozwolą Ci odejść.

     Dwudziesty dziewiąty sierpnia był dla dziewczyny nietypowym i zdecydowanie nie zwyczajnym dniem. Do osiągnięcia swojego celu pozostał jej jedynie epilog, którego zawartość od kilkunastu dni nie wychodziła jej z głowy za sprawą nowego przyjaciela, który podsunął jej pomysł na niego. 
     Kiedy obudziła się pierwsze co ujrzała swoim zaspanym wzrokiem była szklana butelka leżąca na stoliku nocnym. Ji Ah zmarszczyła brwi i szybko zerwała się z łóżka, lustrując wzrokiem pokój jednak poza tym jednym szczegółem wszystko zdawało się być w porządku. Podeszła do butelki, dostrzegając w jej pobliżu jakiś niebieski punkcik i po zbliżeniu się ujrzała kolejną karteczkę z turkusowym serduszkiem.

Dlaczego mu ufasz? Nie zastanawiałaś się czemu nie powiedział Ci o sobie nic? Może tu są wszystkie odpowiedzi? /KTH
     KTH... Dokładnie takie same litery były wyryte na jednym z dwóch nowszych grobów znajdujących się na pobliskim cmentarzu. Ji Ah nie mogła sobie przypomnieć jakie litery zdobiły drugi z pochówków jednak po chwili przed sobą oczami wyobraźni ujrzała "KSJ". Co to mogło znaczyć? Dziewczyna zamiast przejąć się prawdopodobnym włamaniem do swojego domu przez niejakiego KTH zaczęła się zastanawiać nad tym wszystkim co spotkało ją odkąd się tu przeprowadziła. Nie pomogło jej to kompletnie w niczym, a pozostawiło jeszcze więcej pytań niż odpowiedzi.
     Ji przebrała się w cienką bluzę pastelowo-różowego koloru oraz szare jeansy i szybko wciągnęła na stopy swoje znoszone trampki, przeczesując włosy palcami aby doprowadzić je lepszego stanu niż ten, w którym były obecnie. Zamknęła dom na klucz i biegiem skierowała się w stronę plaży, już z daleka dostrzegając znajomą sylwetkę chłopaka stojącego na moście z ramionami opuszczonymi w bezradnym geście. Kiedy postawiła krok na moście brązowowłosy obrócił się w jej kierunku, przysiadając na skraju mostu tym samym sugerując dziewczynie aby usiadła obok niego. Ji zrobiła to, a kiedy chłopak zwrócił się w jej stronę z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu przeszło jej przez myśl, że zmieniło się dla niego wszystko. Uśmiech, który widniał na jego twarzy nie obejmował oczu - uśmiechał się bez szczęścia, chcąc zapewne dodać sobie lub też dziewczynie otuchy. Ji Ah nie miała pojęcia czemu w ogóle przeszło jej to przez myśl jednak wkrótce zrozumiała, że to o czym pomyślała było prawdą.
- Wiem po co przyszłaś, choć w sumie wolałbym nie wiedzieć. - powiedział brązowowłosy, starając się ponownie przywołać na twarz uśmiech jednak nie wyszło mu to i wpatrywał się w dziewczynę z jakąś mieszanką smutku i jakby poczucia winy.
- KTH i KSJ. Kim są i czemu mam nie otwierać butelki? - zapytała, posyłając chłopakowi przenikliwe spojrzenie, a ten pierwszy raz nie odwrócił wzroku kiedy dziewczyna zadała mu tego typu pytanie.
- Chciałbym cię dotknąć. - powiedział całkowicie z innej beczki brązowowłosy, powodując, że Ji Ah zamarła w bezruchu, marszcząc lekko brwi. - Ale nie mogę tego zrobić. Błagam, nie przestrasz się i pozwól mi wytłumaczyć tyle ile sam wiem, w porządku? - zapytał na co dziewczyna jedynie skinęła lekko głową. Brązowowłosy podniósł swoją dłoń i dotknął jej policzka. Jednak dziewczyna ponownie nic nie poczuła - chłopak nie był istotą żywą.
- Jesteś duchem? - zapytała Ji, zachowując się nad wyraz spokojnie i jedynie jej wzrok zdradzał jak bardzo nie spodziewała się takiej wiadomości. Chłopak jedynie skinął głową w odpowiedzi.
- Wiem jedynie tyle, że stałem się nim, bo ktoś mnie zamordował i do końca swojego życia nie odczuł choćby najmniejszych wyrzutów sumienia. Nie mam pojęcia dlaczego muszę siedzieć w tym miejscu. Kiedy oddalam się zbyt daleko tego mola przestaję czuć wszystko w ogółem. Nie widzę wtedy kompletnie nic oprócz jasności, a potem dzieje się coś jakby ten most przyciągał mnie do siebie. Po prostu się tu pojawiam. Wiem jeszcze tyle, że gdy otworzysz butelkę prawda wyjdzie na jaw, a ja przestanę istnieć na tym świecie. Jeśli w ogóle można nazwać to istnieniem. - zakończył dotąd swoją najdłuższą wypowiedź skierowaną do dziewczyny.
- Dlaczego cię widzę? - zapytała Ji Ah. Nie była przerażona zaistniałą sytuacją. Czuła się jedynie zaintrygowana tym wszystkim.
- Kiedyś spotkałem tu innego ducha. Powiedział mi, że osoba, która mnie zobaczy będzie mogła ujawnić prawdę. On spotkał swoją osobę zaledwie kilka dni po tym jak mi przekazał tę informację. - Ji skinęła lekko głową, słysząc słowa chłopaka.-  Dzisiaj po powrocie do domu otwórz butelkę. Już czas. - dopowiedział jeszcze brązowowłosy, stając naprzeciwko Ji, która poszła jego śladem. - Żegnaj, Ji Ah.
- Żegnaj. - odpowiedziała dziewczyna i szybko obróciła się odchodząc w kierunku swojego domu. Gdy obróciła się na skraju mostu ujrzała jeszcze, że chłopak-duch zagryza wargę, patrząc na karteczkę w swojej dłoni, a po policzku spływa mu łza, która wyraźnie błyszczy w świetle zachodzącego już słońca. Oczy zaszkliły się jej jednak nie pozwoliła im popłynąć i po chwili była już w swoim domu, trzymając w dłoniach zamoczone, w niektórych miejscach zamazane kartki. Było ich zaledwie siedem i to w połowie pustych, ale czytając starannie zapisane na nich słowa łzy zaczęły niekontrolowanie spływać po jej twarzy.

Dzień 1
Jestem tu. Nie mam pojęcia co znaczy "tu", bo widzę dookoła jedynie wodę. Otacza mnie z wszystkich stron jak więzienie. Nie pamiętam niczego poza tym, że nazywam się Kim Seok Jin. Nie wiem ile mam lat, nie wiem również czy to ważne i nie wiem też po co w ogóle to piszę. Wiem, że mam śmiertelne rany i nikogo ani niczego co mogłoby mi pomóc. Zastanawia mnie czemu żyję i jak stało się to, że w miejscu pod szyją mam niemal dziurę i nie mogę ruszać prawą nogą. Zastanawia mnie również skąd wiem jak pisać i dlaczego zatem nie pamiętam niczego poza swoim imieniem. Obudziłem się niedawno i jedyne co znalazłem przy sobie to kilka zamoczonych kartek i długopis. Jest mi zimno. Mam na sobie tylko spodenki i cienką koszulę. Jestem głodny. Nie mam tu niczego do jedzenia. Jestem śmiertelnie ranny. Nie mam niczego co mogłoby mnie uratować. Jedyne co mam to te kilka kartek. 
O! Wiem jeszcze jedno. Zginę. 

Dzień 2
Wstałem dzisiaj wraz ze wschodem Słońca. Czemu wiem takie rzeczy, a o sobie nic? Nie mogę się ruszyć z tego piasku. Każdy najmniejszy ruch sprawia mi ból. Nawet pisanie jest trudne. Wschód Słońca to najpiękniejsze co widziałem.

Dzień 3
Jestem tak potwornie głodny. Dlaczego nikt tędy nie przepływa? Dlaczego nikt mnie nie uratuje? Dlaczego nic nie pamiętam?

Dzień 4
Boli... Tak cholernie boli.

Dzień 5
Miałem jakby przebłysk wspomnień. Pamiętam nóż, szkło i czyjąś twarz. Skądś znam tę twarz...

Dzień 8
Dłonie. Zakrwawione dłonie też tam były.

Dzień 9
Ktoś wtedy krzyczał.

Dzień 12
To był mój krzyk. Ta twarz śni mi się każdej nocy. Czuję, że znałem tę osobę lepiej niż siebie.

Dzień 13
Umieram. W końcu to musiało się stać. Ale to imię...

Dzień 14
Taehyung. Kim Tae Hyung. On mi to zrobił. Czemu?

Dalszych zapisków nie było. Mogło to świadczyć o tym, że osoba pisząca nie miała sił na pisanie. Lub zginęła.
     Ji Ah nagle rozszerzyła szeroko swoje załzawione oczy i biegiem skierowała się w stronę korytarza. Nagle uświadomiła sobie gdzie wcześniej widziała twarz Seok Jina. Zdjęcie obok przestarzałego telefonu przedstawiało dwóch obejmujących się chłopaków. Jednym z nich był Kim Seok Jin, a drugi był niezwykle przystojnym czarnowłosym młodzieńcem. Ji Ah odwróciła ramkę i ujrzała napisane tam mazakiem "Z moim najlepszym przyjacielem, Taehyungiem, na wycieczce w Chinach."
     Było coś jeszcze. Naklejona na samym rogu karteczka z ostatnim turkusowym serduszkiem naklejonym na niej.
Chciałbym, żebyś wiedział... Że niczego nie żałuję, hyung.

Mam nadzieję, że się spodobało
Taeyeon <3 

sobota, 27 lutego 2016

Dawny grzech - Kim jesteśmy?

Hejka :)
No więc chyba mogę w imieniu Sangrim i moim napisać, że bardzo przepraszamy za tak długi brak posta, ale wszyscy chodzący do szkoły wiedzą, że ciężko jest znaleźć czas na swoje zainteresowania.
Nie jestem wielbicielką długich wstępów, więc dzisiaj zapraszam Was na pierwszą część opowiadania mojego autorstwa i życzę...
Miłego czytania :)

Opowiadanie jest napisane w koreańskich klimatach także chciałabym wytłumaczyć zwroty grzecznościowe, które pojawią się w nim:
Noona - w ten sposób zwraca się chłopak do starszej od siebie dziewczyny, która jest jego przyjaciółką
Unnie - w ten sposób zwraca się dziewczyna do swojej starszej przyjaciółki
Hyung - w ten sposób zwraca się chłopak do swojego starszego przyjaciela

Kim jesteśmy?


Świecisz w tej gęstej ciemności, 
to jakby efekt motyla.
Twoja drobna dłoń coś pokazuje,
nagle sprawia, że tracę kontakt z rzeczywistością.
To jak delikatnie trącający mnie powiew wiatru.
To jak pył, który łagodnie mnie otula.
Jesteś tam, ale z jakiegoś powodu nie mogę cię dotknąć. 

     Była właśnie w trakcie rozpakowywania pudła z napisem "Uwaga: SZKŁO" kiedy uświadomiła sobie, że od dawna nie słyszy, aby ktoś próbował się dodzwonić na jej telefon komórkowy. Podniosła wzrok znad porcelanowych filiżanek, które właśnie miała wyjąć z kartonu i zmarszczyła lekko brwi, nasłuchując. Sięgnęła do kieszeni swoich ulubionych, spranych jeansów i natrafiła na pustkę. Uważnie rozejrzała się po całym pomieszczeniu zastawionym niemal wszędzie kartonowymi pudełkami, zawieszając wzrok na każdym potencjalnym miejscu gdzie mogła odstawić swoją zgubę. Podeszła do niewielkiego stolika, przekładając kartony dotychczas na nim położone na panele, ale tam również nie znalazła swojego telefonu. Usiadła na łóżku, czując jak materac załamuje się pod ciężarem jej ciała i ukryła twarz w dłoniach, próbując się trochę uspokoić, aby przypomnieć sobie gdzie ostatni raz miała go przy sobie. Po kilkunastu sekundach spędzonych na usilnym myśleniu wstała z mebla i postanowiła rozejrzeć się jeszcze po pozostałych pomieszczeniach jednak możliwość znalezienia tam zguby była minimalna, a wręcz niemożliwa, ponieważ żadnego z nich wcześniej nie odwiedzała. Po kilkunastu zmarnowanych minutach zajrzała również do przedpokoju, a jej spojrzenie utkwiło w przestarzałym telefonie stacjonarnym opartym o jakieś zdjęcie w ramce. Nie przyglądała się dłużej obrazkowi i szybko chwyciła za słuchawkę, wybierając numer i modląc się o to, żeby usłyszeć dźwięk swojej ulubionej piosenki. Już po chwili ciszę panującą dookoła zakończyła skoczna melodia solowego kawałka Hyuny "Roll Deep", a Ji odetchnęła z ulgą, odkładając słuchawkę na szafkę tak aby nadal słyszeć dźwięk swojego dzwonka. Jednak ku swojemu zdziwieniu, po dotarciu do salonu, w którym poprzednio pracowała znów zapanowała cisza. Zrobiła kilka kroków w tył i wtedy ponownie usłyszała piosenkę. Rozejrzała się uważnie po przedpokoju, ale nie było tam ani telefonu komórkowego, ani miejsca gdzie mógłby być schowany. Podeszła do drzwi frontowych, otwierając je i zlustrowała wzrokiem schodki prowadzące do nich aby sprawdzić czy przypadkiem zguba nie wypadła jej gdzieś w drodze do domu. Ku swemu zdumieniu na ciemnej wycieraczce ujrzała swój smartphone i niewielką karteczkę, która była przyklejona do wyświetlacza maleńką, turkusową naklejką w kształcie serduszka. Ji Ah podniosła swoją zgubę i czując jej ciężar w swojej dłoni poczuła się odrobinę pewniej. Z pewnością odetchnęłaby z niemałą ulgą gdyby nie fakt, że nie miała pojęcia czemu i kto podrzucił jej telefon pod drzwi. Smartphone był jednym z najnowszych modeli i choć dziewczyna cieszyła się, że go odzyskała to jednak zaniepokoiło ją, że ktoś jej go oddał. Nim spojrzała na karteczkę zrobiła krok do przodu i zamknęła za sobą drzwi, rozglądając się dookoła.
- Jest tu ktoś? - zapytała szeptem w przestrzeń, ale jak się spodziewała nikt jej nie odpowiedział, więc też nie przejmując się tym dłużej, spuściła wzrok na skrawek papieru.

NIE DZIĘKUJ.

Ale komu miała nie dziękować? Ji Ah zmarszczyła brwi i odrobinę zdenerwowana zerwała karteczkę z wyświetlacza, niefortunnie rozrywając ją na pół. Weszła z powrotem do domu, zamykając za sobą drzwi na klucz, ponieważ właśnie zaczęła się obawiać, że ktoś ją obserwuje. Położyła skrawek papieru na parapecie najbliższego okna, wcześniej sklejając go w miejscu rozerwania serduszkiem-naklejką. Nacisnęła przycisk z boku ekranu dzięki czemu mogła podziwiać przez kilka sekund swój ekran blokady. Dopiero wtedy odetchnęła z ulgą, ponieważ wcześniej mimo wszytko obawiała się, że smartphone, na którego pieniądze tak długo zbierała, może jednak okazać się zepsuty. W momencie kiedy miała odłożyć telefon na stolik w salonie, aby mieć go na widoku ponownie usłyszała "Roll Deep", więc szybko sprawdziła kto chciałby się z nią skontaktować. Ji delikatnie uśmiechnęła się pod nosem, widząc znajomy numer telefonu i czym prędzej odebrała połączenie.
- Noona! Jesteś już w swoim nowym domku? - usłyszała podekscytowany głos małego chłopczyka, a jej uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej.
- Yi Ahn! Oddaj mi telefon! Unnie musi najpierw ze mną poważnie porozmawiać!
- Nie! Ja byłem pierwszy i to ja będę z nią rozmawiał.
- W porządku. Możesz z nią porozmawiać, ale najpierw ja!
- Hyo Yeon! Yi Ahn! Nie ma mowy. To ja muszę z nią pierwszy porozmawiać.
- Jak tak dalej pójdzie to żadne z nas z nią nie porozmawia.
- Dzieci! Uspokójcie się, bo wam odbiorę telefon. - Ji Ah nagle usłyszała z drugiej strony stanowczy głos dorosłej kobiety, który spowodował, że kłótnia pomiędzy czwórką dzieciaków momentalnie ucichła.
- Mówiłam im, ale oni nie chcą mnie słuchać! Unnie obiecała mi, że to ze mną porozmawia jako pierwszą. - pisnęła Hyo Yeon, która brzmiała jakby zaraz miała się rozpłakać.
- Nie! Noona niczego ci nie obiecała. - stanowczo zaprzeczył chłopięcy głosik, a zaraz poparł go drugi, twierdząc, że dziewczynka zawsze tylko kłamie.
- Ji, skarbie, wygląda na to, że ta czwórka zabije się o to kto będzie pierwszy, więc dam cię na głośnik, w porządku? - zapytała starsza kobieta na co dziewczyna skinęła twierdząco głową.
Kilka sekund zajęło jej zrozumienie, że ta nie miała prawa tego zobaczyć, więc potwierdziła swoją zgodę już słownie.
- Cześć dzieciaki! - przywitała się z kłótliwą czwórką Ji kiedy już była pewna, że głośnik został włączony.
- Cześć noona! Cześć unnie! - wykrzyknęły podekscytowane głosy dwóch chłopców i dwóch dziewczynek jednocześnie.
- Wprowadziłaś się już do swojego nowego domku? - zapytała Hyo Yeon, która jako, że z całej czwórki najstarsza postanowiła, że to ona musi zabrać głos w pierwszej kolejności.
- Tak. Jest cudowny, ale jeszcze muszę w nim sporo dopracować aby stał się domkiem moich marzeń. - odpowiedziała Ji Ah, przysiadając na skraju łóżka i uśmiechając się pod nosem, będąc szczęśliwą, że znowu może porozmawiać ze swoimi ulubieńcami.
- Noona! Noona! Ale obiecujesz, że będziesz nas odwiedzać zawsze kiedy będziemy obchodzić urodziny lub w święta? - zapytał jakby zmartwiony Ji Soo, przekrzykując Yi Ahna, który już chciał coś powiedzieć ze względu na swoje drugie miejsce w rankingu starszeństwa.
- Ji Soo! Jak mogłeś w ogóle w to wątpić! Oczywiście, że będę was odwiedzać. - zaśmiała się Ji Ah, mierzwiąc włosy palcami.
- Ale obiecaj, noona~ - poprosił błagalnie Yi Ahn na co dziewczyna westchnęła.
- Dobrze. Obiecuję, że postaram się was odwiedzać w wasze urodziny oraz w święta. - przyrzekła Ji, ale natychmiast z drugiej strony odezwał się protest.
- Nie, unnie! Masz nas odwiedzać, a nie postarać się odwiedzać! To dwa różne znaczenia, a my nie damy się na to nabrać. - stwierdziła oburzona Hye Ri, którą starsze dzieciaki w końcu dopuściły do głosu.
- Właśnie, noona! Nie możesz nas oszukiwać! - zaoponował Ji Soo, wyjątkowo zgadzając się ze swoją młodszą przyjaciółką.
- Dobrze, dobrze... - westchnęła Ji. - Obiecuję, że będę was odwiedzać w wasze urodziny i w święta. Teraz wam pasuje?
- Unnie! Nie możesz zadawać takiego pytania, bo to brzmi jakbyś miała nam za złe, że chcemy cię zobaczyć. - powiedziała smutnym głosem Hyo Yeon, a dziewczyna od razu poczuła się winna, słysząc to.
- Oczywiście, że nie mam wam tego za złe. Ale tak dla pewności: Hyo Yeon ma urodziny 22 września, Yi Ahn 4 lutego, Ji Soo 30 grudnia, a Hye Ri 9 czerwca, prawda?
- Prawda! - krzyknęły chórem dzieciaki na co uśmiech na twarzy Ji jeszcze bardziej się poszerzył.
- Dzieci, kończcie już. Ji Ah ma teraz zapewne dużo spraw na głowie. Nie przeszkadzajcie jej dłużej. - dziewczyna usłyszała głos starszej kobiety.
- Do zobaczenia wszystkim! - powiedziała, kończąc rozmowę w momencie gdy dzieciaki jej odpowiedziały.
     Po zakończeniu rozmowy odchyliła się do tyłu, kładąc się na łóżku i westchnęła, przypominając sobie przeszłość. Ji Ah dawniej była jedną z sierot zamieszkujących Dom Miłości w miejscu oddalonym kilkadziesiąt kilometrów od tego, w którym znajdowała się obecnie. Mimo, że dla wielu smutne było nie posiadanie rodziców lub kochających krewnych gotowych przyjąć dziecko pod swoją opiekę, dziewczyna nie czuła się szczególnie skrzywdzona przez los. Przez dwadzieścia jeden lat mieszkania w sierocińcu zrozumiała, że jej rodziną są Hyo Yeon, Yi Ahn, Ji Soo, Hye Ri oraz jej opiekunka, pani Kim, za których dziękowała Bogu gdy tylko miała ku temu okazję. Ji Ah nie wyróżniała się spośród tłumu niczym szczególnym. Była szczupłą dziewczyną, przeciętnego wzrostu z krótkimi, prostymi włosami sięgającymi ramion oraz czarnymi oczami. Aż do dwudziestego roku życia nie miała pojęcia co chciałaby robić w przyszłości, więc próbowała wszystkiego czego chciałaby się nauczyć. Jednak nie była zbyt dobra ani w rysowaniu, ani śpiewaniu, ani tańczeniu lub choćby w grze na gitarze, której tak bardzo pragnęła się nauczyć. Po bardzo długim czasie poszukiwania swojego talentu gdy już miała ochotę się poddać z powodu tego, że w niczym nie była szczególnie dobra, odnalazła swoje prawdziwe powołanie. Pisanie. Była prawdziwą czarodziejką słów, która potrafiła dobrać je tak pięknie by zawsze stwarzały aurę tajemniczości oraz jakiegoś przedziwnego uroku, który sprawiał, że chciało się czytać coraz więcej jej dzieł. Jednak Ji Ah nie wierzyła, że jest aż taka dobra w pisaniu i wszystko co wyszło spod jej pióra po pewnym czasie lądowało w koszu gdy autorka stwierdziła, że to wcale nie jest tak dobre jak być powinno. Z jakiegoś powodu dziewczyna postanowiła, że wyprowadzi się nad morze kiedy tylko osiągnie pełnoletniość i tam postara się stworzyć dzieło, które w końcu sprawi, że będzie z siebie i swojej książki dumna. Tak też zrobiła i właśnie z tego powodu znalazła się w miejscu pełnym tajemnic i zapomnianych już dawno przez świat grzechów.

~*~

     Po skończeniu rozpakowywania wszystkich pudeł Ji była już wykończona i wręcz marzyła o gorącej kąpieli, a następnie o śnie w cieplutkim łóżku. Jednak mimo późnej godziny postanowiła wybrać się nad morze, aby zobaczyć zachód słońca i chociaż trochę zapoznać się z okolicą. Na podkoszulek z krótkim rękawem ubrała jedynie dość cienki sweter i zabrała ze sobą smartphone, żeby w razie potrzeby służył jej za latarkę. Zamknęła dom na klucz, wrzucając go do swojej kieszeni i wyruszyła w stronę plaży znajdującej się zaledwie kilometr od swojego nowego miejsca zamieszkania. Spacerując rozglądała się dookoła i zaobserwowała, że w pobliżu stoją jedynie dwa domki bardzo podobne do tego, który sama kupiła. Słońce powoli zaczęło chować się za horyzont dzięki czemu niebo mieniło się zrównoważoną paletą barw. Kiedy Ji Ah znalazła się już na piaszczystej plaży usiadła na piasku tak blisko morza, że delikatne fale nadchodzącego przypływu łagodnie obmywały jej podniszczone od częstego chodzenia tenisówki. Dziewczyna patrzyła prosto przed siebie na Słońce, które niemal niknęło za linią widnokręgu i zastanawiała się jak mogłaby użyć ten dość oklepany już motyw w swojej książki w sposób, który będzie wyjątkowo oryginalny. Zamyśliła się tak bardzo, że nawet nie zwróciła uwagi na to, że jej tenisówki są już doszczętnie przemoczone, a nogawki jeansów zaczynają przesiąkać wodą. Z letargu wyrwał ją jednak jakiś ruch, który zaobserwowała kątem oka. Drgnęła i obróciła się w tamtym kierunku, natrafiając wzrokiem na molo, na którym ktoś siedział.
       Z odległości, w której Ji Ah siedziała mogła stwierdzić bez najmniejszego problemu, że to na oko chłopak może po skończonej dwudziestce może nawet jeszcze nastolatek. Był ubrany w białą koszulę z długim rękawem, która lekko opinała jego umięśnione plecy, ponieważ obejmował kolana ramionami, oraz w krótkie spodenki o ciemnym kolorze. Przydługa, brązowa grzywka wpadała mu do oczu, ale chłopak najwidoczniej nie zwracał na to uwagi, patrząc się na Słońce, które niemal całkowicie skryło się za horyzontem. Dziewczyna zauważyła jeszcze, że nie miał na sobie butów, ani skarpetek.
         Po dość długim czasie Ji zorientowała się, że zamiast podziwiać zapierające dech w piersiach barwy okalające teraz niebo, wpatruje się właśnie w tego młodzieńca i to już od dość długiej chwili. Właśnie kiedy miała się zreflektować i odejść w kierunku swojego domu, aby nie musieć wracać tam w egipskich ciemnościach, chłopak odchylił głowę do tyłu i zdmuchnął z twarzy kosmyk, który najwidoczniej go drażnił. Kiedy to zrobił najwyraźniej zauważył Ji kątem oka, ponieważ przez chwilę zwrócił twarz w jej stronę, nawiązując kontakt wzrokowy z dziewczyną, która mimowolnie wstrzymała oddech bez bliżej określonego powodu. Chłopak jednak już chwilę potem ponownie odwrócił się i zasiadł w tej samej pozycji w jakiej siedział kilka minut wcześniej. Dziewczyna była zdziwiona brakiem zainteresowania ze strony młodzieńca, bo chociaż mógłby zmarszczyć brwi co byłoby normalną reakcją, ale może każdego traktował z taką obojętnością. W Ji Ah przez dobrych kilkanaście sekund wezbrała nieprzemożona chęć aby podejść do chłopaka, ale był to tak beznadziejny pomysł, że już wkrótce oparła dłoń o piasek za sobą, podnosząc się. Wtedy nagle, w niewielkiej oddali od siebie ujrzała szklaną butelkę, która odbijała intensywne światło zachodu Słońca. Dziewczyna nie poświęciła jej zbyt dużo uwagi, tak jak niemal każdy człowiek traktuje śmieci i odeszła w stronę swojego domku, od czasu do czasu naświetlając drogę latarką. Na plaży został jedynie siedzący w niezmienionej pozycji chłopak, uparcie wpatrujący się w wody morza oraz szklana butelka skrywająca tajemnice, o których Ji dopiero miała się dowiedzieć.

~*~

     Dni mijały dziewczynie na zwiedzaniu sklepów znajdujących się w odległym od plaży miasteczku, w celu zakupienia jakichś ozdóbek aby jej dom stał się bardziej przytulny i cieszący oko. Uparcie szukała i kupowała w sklepach podobające się jej dekoracje jednak żadna z nich nie potrafiła sprawić, żeby dom stał się ładniejszy w jej oczach. Nie chodziło o to, że jej nowe miejsce zamieszkania nie podoba się dziewczynie. Jednak była tam wszechobecna pustka - nie było nikogo oprócz niej. Dla osoby, która całe swoje życie spędziła w Domu Miłości, wśród masy ciągle rozmawiających, krzyczących oraz śmiejących się dzieci, mieszkanie samej w zupełnej ciszy było czymś nienaturalnym oraz najzwyczajniej w świecie jej się to nie podobało. Nie podobało się jej również, że najbliższy sklep jest dobre siedem kilometrów stamtąd, że nie ma tutaj żadnej ze swoich przyjaciółek oraz przyjaciół, że nie ma kto po niej krzyczeć gdy zdarzało się jej przeskrobać i to, że nie może zabrać się do pisania książki, która miała być jej życiowym dziełem. Jedyne co rekompensowało jej te wszystkie drobne albo większe wady mieszkania samej było morze znajdujące się zaledwie kilometr od tego miejsca.
     Tego dnia Ji wróciła do swojego domu dopiero o godzinie dwudziestej pierwszej w nocy. Wcześniej miała bardzo długą podróż w obie strony do samego Seulu, aby złożyć kwiaty i pomodlić się na grobie swoich rodziców. Odkąd tylko wprowadziła się do swojego nowego domu, czuła, że powinna to zrobić, bo inaczej będzie miała nieczyste sumienie. To był pierwszy raz kiedy odwiedziła swoich rodziców na cmentarzu. Kiedy w wieku siedemnastu lat dowiedziała się w jaki sposób zginęła jej matka, a dosłownie parę dni po tym wydarzeniu, ojciec, nie mogła pójść na cmentarz gdyż nie wiedziała gdzie są oni pochowani. A gdy to również wiedziała nie była w stanie tam pójść.
     Ji Ah rzuciła się na swoje łóżko i przymknęła oczy, pozwalając sobie na chwilę odpoczynku po męczącym dniu. Jednak należała do osób, które mimo swojej miłości do spania nie mogły zasnąć tak wcześnie. Bo dla Ji godzina dwudziesta pierwsza w nocy zaliczała się do zbyt wczesnej pory na spanie. Więc koniec końców wstała z łóżka, ziewając przeciągle i zmierzwiła włosy palcami, przeglądając się w lustrze wiszącym nad jej toaletką. Po natychmiastowym stwierdzeniu, że wygląda gorzej niż zombie lub co gorsza Ji Soo kiedy się go obudzi, dostrzegła na podłodze przy oknie jakiś papierek, więc podniosła go aby wyrzucić go do kosza na śmieci. Jednak wtedy spostrzegła tajemnicze "Nie dziękuj." i nie była w stanie zrobić tego co zamierzała, więc odłożyła karteczkę na toaletkę i tchnięta jakimś nieuzasadnionym przeczuciem, szybko ubrała swoje znoszone trampki i zgarnęła latarkę.
     I nie mogła być świadkiem tego, że nagle w lustrze pojawiło się odbicie młodego, czarnowłosego chłopaka, który uśmiechał się delikatnie pomimo łzy spływającej po jego policzku.
     Wkrótce prawda miała wyjść na jaw.

~*~

     Ji Ah niemal biegiem dotarła na plażę i kiedy w końcu stanęła na piasku nie miała pojęcia ani po co tam przyszła, ani czego spodziewała się tam zobaczyć. Księżyc świecił tej nocy bardzo jasno gdyż zbliżała się pełnia, więc dziewczyna wyłączyła latarkę, doskonale widząc gdzie stawia kroki. Po chwili usłyszała cichy śmiech i mimowolnie włączyła urządzenie, przyciskając je kurczowo do siebie i rozejrzała się na boki. Ujrzała białą plamę na końcu mola i dopiero po skierowaniu strumienia światła w tamtą stronę zorientowała się, że jest to brązowowłosy chłopak, który siedział dokładnie w tym samym miejscu, ubraniach i pozycji, w których zastała go kilka dni wcześniej. Nie miała nawet chęci zastanawiać się dlaczego młodzieniec znajduje się tam o tak późnej porze i szybko skierowała swoje kroki w stronę gdzie siedziała kiedy pierwszy raz była na plaży. Przez chwilę światło latarki przemierzało piasek, ale już wkrótce oczom Ji Ah ukazał się przedmiot, którego poszukiwała. Sama nie wiedząc czemu to robi sięgnęła po szklaną butelkę, obracając ją w dłoni i dostrzegając mnóstwo kartek upchniętych w jej wnętrzu. Zaskoczyła się, że nie dostrzegła tego wcześniej i zmarszczyła brwi, zastanawiając się czy powinna zobaczyć co zawiera na sobie papier czy jednak nie. W końcu postanowiła wziąć butelkę i spróbować otworzyć ją w domu.
- Nie otwieraj tego! - usłyszała nagle przestraszony głos dziewczyna i mimowolnie podskoczyła, upuszczając butelkę na zmoczony piasek w pobliżu swoich stóp. Na szczęście przedmiot nie ucierpiał podczas upadku, więc szybko podniosła szkło, ściskając je w dłoni i dopiero po zrobieniu tego rozejrzała się dookoła. Ku swojemu zaskoczeniu ujrzała, że chłopak, którego widziała na molo już dwukrotnie stał teraz i wpatrywał się w nią z widocznym przerażeniem w oczach,
- Dlaczego? - rzuciła jedynie szeptem pewna, że nieznajomy jej nie usłyszy. Drgnęła zaskoczona kiedy chłopak bardzo powoli zszedł z mola. Szedł bardzo dziwnie, wlokąc za sobą jedną nogę jakby była ona zraniona i utrudniała mu poruszanie się. Jednak kiedy tylko zszedł z mostu i znalazł się na piasku przybiegł do Ji Ah nad wyraz szybko i zatrzymał się zdecydowanie zbyt blisko dziewczyny, naruszając jej przestrzeń osobistą. Cofnęła się o kilka kroków w tył jednak widząc, że nieznajomy nadal się do niej zbliża, krzyknęła:
- Ani kroku dalej, bo zadzwonię po policję. - oczywiście skłamała, ponieważ swój telefon zostawiła na toaletce i gdyby nie miała szklanej butelki, która w razie takiego wypadku mogłaby jej posłużyć za broń z pewnością uciekałaby z tamtego miejsca ile sił w nogach.
- Policję? Zadzwonisz? - powtórzył chłopak jakby oszołomiony i nie zważając na groźbę dziewczyny przysunął się jeszcze krok bliżej. Ji Ah zaczęła modlić się w duchu aby udało się jej tej nocy wrócić do domu i podniosła wyżej szkło aby pokazać młodzieńcowi, że w każdym momencie może go uderzyć. - Ty się mnie boisz, prawda? - zapytał nagle retorycznie po chwili intensywnego wpatrywania się w dziewczynę.
- Nie znam cię, siedzisz tam - wskazała molo. - już drugi raz kiedy jestem na plaży, a w dodatku ta karteczka, więc niby jak mogłabym się ciebie nie bać?
- Widziałaś mnie dwa razy? - zapytał chłopak z szeroko otwartymi oczami. - I o jakiej karteczce mówisz?
- Czyli ona nie jest od ciebie... - westchnęła Ji, mierząc nieznajomego uważnym spojrzeniem.
     Chłopak był naprawdę przystojny, a z bliska dziewczyna mogła dojrzeć to czego z oddali nie była w stanie zauważyć. Tęczówki młodzieńca odbijały światło księżyca, dając dziwne wrażenie, że można utonąć w ich czerni. Końcówki jego włosów były zdecydowanie ciemniejsze od reszty fryzury i delikatnie połyskiwały, a na środku szyi chłopaka widniała naprawdę okropnie wyglądająca rana, która wyglądała jakby co najmniej wbił sobie on jedną trzecią noża do skóry. Widząc to skaleczenie Ji Ah cofnęła się o kolejny krok w tył, ale oczywiście znając swojego pecha nie przewidziała, że potknie się o własną nogę i upadnie na piasek.
- Wszystko w porządku? - zapytał nieznajomy, wyciągając dłoń aby pomóc dziewczynie w podniesieniu się jednak szybko ją cofnął, szepcząc coś pod nosem.
- Co to jest? - spytała Ji Ah, całkowicie ignorując pytanie, które zadał jej młodzieniec i wskazała drżącym palcem na szyję chłopaka. Nieznajomy wyglądał jakby miał przywitać swoją twarz z dłonią, ale nie zrobił tego, szybko stawiając kołnierzyk koszuli i tym razem to on cofnął się o krok.
- Nic takiego. Uwierz mi, że już przestało boleć. - uśmiechnął się blado, ponownie stawiając krok w tyłu. - Może kiedyś się dowiesz co się stało. - chłopak wyglądał jakby w tamtym momencie marzył tylko i wyłącznie o jak najszybszym zniknięciu sprzed oczu dziewczyny. - Nie otwie... - zaczął, ale przerwał i lekko potrząsnął głową, wprawiając kilka kosmyków swoich włosów w ruch. - Proszę cię, żebyś nie otwierała tej butelki. Wiem, że się nie znamy i najprawdopodobniej nie będziesz w stanie mi zaufać, po czym otworzysz ją, ale... Proszę, nie rób tego. - zakończył nieznajomy przerażonym głosem, a oczy zaszkliły mu się od łez. - Proszę... - powtórzył i nie czekając na reakcję Ji Ah odwrócił się i pobiegł w kierunku mola jakby coś go ciągnęło w tamtą stronę.
     Dziewczyna powoli odeszła w stronę swojego domu, wielokrotnie spoglądając w stronę mostu dopóki nie zniknął jej z oczu. W dłoniach trzymała szklaną butelkę i zastanawiała się czy powinna posłuchać nieznajomego chłopaka, czy otworzyć ją. Wkrótce dotarła do domu i na wszelki wypadek zamknęła drzwi na klucz. Kiedy odłożyła szkło na parapet tuż obok karteczki z napisem "Nie dziękuj." chwyciła swoją piżamę i czym prędzej poszła do łazienki aby wziąć prysznic. Postanowiła, że przemyśli i zweryfikuje całą sytuację, już leżąc w łóżku.
     Nie mogła być świadkiem tego, że w lustrze ponownie pojawia się czarnowłosy młodzieniec, szybko naklejający turkusowe serduszko na zapisany wcześniej skrawek papieru i dmucha w niego, dzięki czemu ten materializuje się na parapecie tuż przed znalezioną butelką. Wkrótce po tym chłopak uśmiecha się i liczy naklejki znajdujące się na jego dłoni.
     3 serduszka.
     3 szanse na kontakt ze światem żywych.

~*~
Kim jesteśmy?

     Ji Ah nie miała już głowy do myślenia o szklanej butelce znalezionej na plaży, więc stała ona dalej na parapecie i była zakrywana przez cieniutką warstwę kurzu. Odkąd nareszcie wpadła na pomysł, który mogła wykorzystać podczas pisania dzieła, o którym tak długo marzyła, nie mogła oderwać się od laptopa i jedynym jej problemem było to, że dzień nie posiada dwudziestu sześciu godzin aby mogła dłużej pisać. Podobny problem spotyka każdego pisarza, który po wymyśleniu zarysu fabuły nie może ani jeść ani spać ani myśleć o czymkolwiek oprócz swojego dzieła. I jedyne co jest w stanie robić to pisać i pisać, bo bez tego czuje się jakby nie mógł oddychać. Bo pisanie jest najważniejsze.
     Tak też czuła się Ji Ah, która nareszcie wiedziała co chce przekazać ludziom i spędzała przed swoim laptopem trzy czwarte dnia. Kiedy pani Kim się o tym dowiedziała stanowczo nakazała jej, że dziewczyna musi przebywać na świeżym powietrzu przynajmniej dwie godziny każdego dnia. Ji Ah tylko westchnęła wówczas na słowa kobiety i pożegnała się z dzieciakami, chwytając laptopa w dłoń  i kierując swoje kroki w kierunku plaży. Jednak gdy była w połowie drogi zauważyła coś czego nie dostrzegła wcześniej w ciemnościach. Niedaleko jej domu znajdował się cmentarz, który wyglądał na nieużywany już od bardzo dawna, więc dziewczyna kierowana jakimś impulsem skierowała się w tamtą stronę, przechadzając się między grobami i czytając nazwiska oraz imiona znajdujące się na nagrobkach. W pewnym momencie zauważyła dwa groby, które wyglądały na stosunkowo nowe w porównaniu do reszty. Ji Ah podeszła do nich, lecz ku swojemu zaskoczeniu zauważyła, że nie znajdują się na nich nazwiska ani imiona umarłych. Wkrótce dostrzegła koślawe literki KSJ na pierwszym z nagrobków i KTH na drugim. Przez chwilę wpatrywała się w te dwa groby, nie mając pojęcia dlaczego i oprzytomniała dopiero wtedy kiedy zawiał ostrzejszy wiatr rozwiewając jej krótkie włosy. Ji Ah skierowała się w kierunku wyjścia z ponurego cmentarza kiedy usłyszała łamanie gałązki gdzieś za sobą. Szybko odwróciła się, lustrując uważnie wzrokiem groby. Przez chwilę wydawało się jej, że dostrzega jakąś białą plamkę w pobliżu tych dwóch grobów, przed którymi wcześniej stała, ale gdy mrugnęła owe coś zniknęło. Nie przejmując się tym dłużej szybszym niż dotychczas krokiem poszła w kierunku plaży.
     Jednak "biała plamka" nie jest złudzeniem optycznym dziewczyny.
     A na grobie z napisem KSJ pojawia się karteczka z napisem "Przyjaciele na zawsze, hyung?"
     2 serduszka.
     2 szanse na kontakt ze światem żywych.

Mam nadzieję, że się spodobało ;)
O ile wiem Sangrim też coś dla Was szykuje...
Taeyeon

środa, 20 stycznia 2016

Rose

Hej! :)
Witamy Was po przerwie! (Bardzo długiej z resztą.)
Przepraszamy za ten dłuuuuuuuuuuuuuuugi brak jakiegokolwiek postu na blogu, ale miałyśmy naprawdę pracowite i męczące tygodnie. Mam nadzieję, że rozumiecie.
Ale teraz to już mało ważne. Wracamy z postem o tematyce, której nie koniecznie mogliście się spodziewać. Zajmiemy się stworzeniem własnej creepypasty! :D Ponieważ ta jest naszą pierwszą, to bardzo prosimy o wyrozumiałość (no wiecie, trzeba jakoś zacząć xD).
To co? Może koniec tego ględzenia... Zacznijmy! :)
Miłego czytania :)    

Rose


Był cudowny, letni poranek. Annabeth Thames i jej rodzina właśnie wybierała się na długo wyczekiwaną wycieczkę. Mieli przed sobą długą drogę, dlatego musieli wstać wcześnie rano. Annabeth, pomimo iż była wyjątkowym śpiochem, wstała najwcześniej z całej rodziny. Chciała odpocząć od tego całego stresu, który przeżywała w ciągu ostatnich dni. Miewała sny, ale nie takie zwykłe. Na pozór normalne, ale przy każdym z nich odczuwała dziwne uczucie, jakby ktoś ją obserwował. Jednak teraz to nie było ważne. Cieszyła się, że w końcu gdzieś wyruszy w podróż. Cała rodzina szybko się zebrała, wpakowała bagaże do samochodu i wyruszyła w drogę. Trasa była bardzo długa, a na drogach ogromne korki.

W końcu zostało im do przebycia tylko kilkadziesiąt kilometrów. Zapadła noc. Annabeth i jej młodsza siostra, Sarah, zasnęły ze zmęczenia jednak nie na długo. Annabeth obudziły głośne krzyki jej mamy, a przed autem ukazało się oślepiające światło. Sekundę później poczuła uderzenie, a samochód zaczął się skądś staczać. Koziołkował, a potem osiadł na dachu. Wtedy straciła przytomność. O dziwno obudziła się dosłownie chwilę po wypadku. Rozejrzała się dookoła, ale wszędzie była tylko krew. Spojrzała w bok i ujrzała przerażający widok. Była to Sarah. Miała wielką ranę na głowie, w której było mnóstwo odłamków szkła. Pomimo iż młodsza miała 12 lat, płakała jak dziecko. Z resztą, kto by nie płakał. Annabeth spojrzała w przód. Tam z kolei zobaczyła swoich rodziców. Mama leżała bezwładnie na desce rozdzielczej z przebitą jakimś prętem głową. Tata nie wyglądał wcale lepiej. W jego klatkę piersiową wbiła się kierownica, a  głowa była pokaleczona szkłem. W tej chwili Annabeth spostrzegła, że czuje przeszywający ból w nodze. Uznała, że pewnie została tak przygnieciona siedzeniem, że ją złamała. Dookoła samochodów zaczynał rozniecać się ogień, który niebezpiecznie zbliżał się w stronę dziewczynek. Na szczęście wypadek był przy dość ruchliwej drodze dlatego w porę zareagowało mnóstwo ludzi. Zaraz poczęli wybijać resztki szyb i wyciągać poszkodowanych. Szesnastolatka z przerażeniem patrzyła na płonące, doszczętnie zniszczone samochody. Po jej policzkach zaczęły spływać łzy. Czuła smutek niebezpiecznie zmieszany z gniewem. Miała ochotę krzyczeć, pobić sprawcę wypadku, któremu udało się wyjść cało, bez większych obrażeń. Skupiła na nim wzrok i już chciała wyrwać się z rąk kobiety, która pomagała utrzymać się jej na nogach, gdy nagle poczuła senność i zmęczenie. Przymknęła lekko oczy i już chciała zasnąć, lecz poczuła wtedy, że jej nogi odrywają się od podłogi a jakiś męski głos mówi "Pomóżcie mi ją posadzić i ustabilizować". Włożono ją na nosze, a potem wraz z siostrą wwieziono do karetki. Poczuła jeszcze większe zmęczenie, a wokół słyszała jedynie "tylko nie odchodź!".

Obudziła się w szpitalu. Miała na sobie masę ran i gips na nodze. Rozejrzała się po sali i zauważyła wpatrującą się w nią pielęgniarkę, która miała łzy szczęścia w oczach.
- Kochanie! Na szczęście żyjesz! Spokojnie, już wszystko w porządku. - odezwała się piskliwym głosem.
- A-a-ale co się stało. - odpowiedziała nieco zdumiona.
- Nie ważne! Grunt, że żyjesz!
- Gdzie moi rodzice? Gdzie Sarah?
Twarz pielęgniarki nagle posmutniała. Chwilę milczała, po czym odezwała się chrypliwym głosem:
- Twoi rodzice nie żyją... A Sarah walczy o życie na oddziale intensywnej terapii. W jej rany wdało się mocne zakażenie...
- Muszę ją zobaczyć! - zerwała się z łóżka, ale szybko została powstrzymana przez pielęgniarkę
- Musisz odpoczywać. Twoja siostra też nie czuje się za dobrze i również przydałby się jej odpoczynek. Jeżeli sama nie chcesz odpoczywać, to chociaż jej na to pozwól.
Annabeth oparła się o łóżko i przymknęła oczy.
- Dobrze... - to jedyne co wypowiedziała nim zapadła w sen.

Minął pierwszy dzień. W szpitalu zjawiła się ciocia dziewczynek, która po śmierci swojej siostry postanowiła dać im dach nad głową. Jednak Sarah była pisana śmierć. Zmarła po trzech dniach od wypadku z powodu zakażenia i odłamków szkła, które utknęły w mózgu. Po tygodniowej obserwacji postanowiono wypisać Annabeth ze szpitala. Ciocia kupiła jej kilka chwilowych ubrań i pomogła wejść do auta. Po dotarciu do domu wskazała tymczasowy pokój i kazała rozgościć jej się. Dziewczyna przytuliła swojego kochanego misia i zaczęła płakać. Miś jak dobry przyjaciel pozwalał Annabeth wypłakiwać smutki w swoje pluszowe ramię. Dziewczyna chciała zapomnieć o wszystkim złym, co ją dotychczas spotkało. Jednak nie mogła, ponieważ cały czas myślała o wypadku i o dziwnym uczuciu, które zniknęło nagle w przeddzień katastrofy. Jednak fakt ten wzięła za zbieg okoliczności i poszła coś zjeść.

Minął miesiąc. Z nogi Annabeth postanowiono zdjąć gips. Zadowolona, że w końcu będzie normalnie funkcjonować postanowiła odwiedzić groby swoich bliskich, pochowanych w miejscowym cmentarzu. Dowiedziała się, że została przepisana do nowej, pobliskiej szkoły. Trochę się tym zmartwiła, ale zaraz porzuciła tę myśl. Dotarła  do bramy cmentarnej. Poprosiła o chwilę samotności i ruszyła w stronę grobów. Usiadła na ławce naprzeciwko i zaczęła rozmyślać. Zauważyła, że przy grobach obok stoi pewien chłopak. Najwidoczniej zauważył jej ciekawski wzrok na sobie i się obrócił, zaczynając rozmowę:
- Cześć. Jestem Taylor. Nowa w okolicy?
- Tak - burknęła, a po jej policzkach mimowolnie spłynęły łzy.
- Tutaj leży twoja rodzina, tak?
- Rodzice i siostra...
- Też kiedyś miałem rodziców, ale ich straciłem. To był nieszczęśliwy wypadek.
- Moja rodzina zginęła w wypadku... Pamiętam to jakby było wczoraj.
- Moi rodzice zginęli w pożarze... Te płomienie...
Chłopak nagle zamarł, a jego oczy otworzyły się szeroko. Postanowiła odciągnąć go od jego myśli.
- Mieszkasz tu od dawna?
- Od dziecka, a ty?
- Od miesiąca...
Taylor spojrzał na zegarek, po czym się odezwał:
- Przepraszam, muszę iść. Miło było cię poznać. Mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy. Może następnym razem w milszym miejscu? To na razie!
- Cześć - wyszeptała Annabeth, czując przyśpieszone bicie serca.

Następnego dnia poszła do szkoły. Okazało się, że poznany na cmentarzu Taylor Cave chodził do tej samej szkoły, a nawet do tej samej klasy. Szybko się zaprzyjaźnili, a później zostali parą. Wszystko było już w porządku. Dni mijały normalnie... Do czasu. Rok później zaczęła miewać dziwny sen. Pewnego dnia pojawił się znikąd. Rozpoczynał się na leśnej polanie.

Jedynym źródłem dźwięku na rozległej, leśnej polanie był cichy szelest gdy nagle się tam pojawiła. Delikatny wiatr rozwiał jej jak zwykle idealnie ułożone włosy. Podmuch nasilał się z każdą chwilą. W oddali rozległ się odgłos jakby ktoś kroczył po ściółce, łamiąc przy tym wszystkie gałązki rozrzucone na ziemi. Kroki przybliżały się coraz bardziej. Do łamania gałęzi dołączył dźwięk przedzierania się przez krzaki. Temu komuś kto szedł w jej kierunku nie zależało na dyskrecji. A to znaczyło, że był znacznie potężniejszy od niej i doskonale wiedział o swojej sile. Wstała z pozycji klęczącej i dokładnie rozejrzała się dookoła, próbując przebić wzrokiem nieposkromioną ciemność, która pojawiła się w momencie przybycia wiatru. Nagle poczuła czyjś ciepły oddech na karku. Odwróciła się w tamtą stronę. Nic nie wyróżniało tego miejsca. Za jej plecami rozległ się przerażający śmiech.
 - Kim jesteś? - rzuciła w przestrzeń, starając się, aby jej głos zabrzmiał pewnie, a nie tak jakby się bała.
- Twoim największym koszmarem. Teraz nie musisz widzieć mojej postaci. Wkrótce spotkamy się w prawdziwym świecie. Nie powiem, że będzie to dla ciebie przyjemne spotkanie. - Głos, który wypowiadał te słowa był tak przyjemny dla ucha, że mimo, iż okropnie bała się jego właściciela, a jego wypowiedź była okrutna nie chciała, żeby przerywał. - Do zobaczenia. Wkrótce.
Głos umilkł, a echo powtórzyło jego ostatnie słowa. Stała oniemiała, patrząc jak wszystko wraca do porządku dziennego. Ciemność znikła, wiatr umilkł. Nagle znikąd w jej dłoniach pojawił się zakrwawiony skrawek papieru.

Nie odwracaj się.

Jej umysł zareagował tak, jak zareagowałby każdy inny. Odwróciła się, a w jej stronę leciał nóż, który przebił jej serce zaprzestając bić.


Codziennie miewała ten sam sen. Męczył ją. Za każdym razem zasypiała z niepokojem, wiedząc, że przyśni jej się to samo. Nagle zupełnie przestała o nim śnić. Cieszyła się z tego faktu, ale czuła również niepokój. Przypomniała sobie to dziwne uczucie, które czuła rok temu. Postanowiła opowiedzieć o nim Taylorowi, jednak on ku jej rozczarowaniu nie uwierzył jej i powiedział, żeby się nie bała, bo "koszmary nigdy się nie spełniają w prawdziwym życiu". Ją to jednak nie uspokajało, ale jeszcze bardziej niepokoiło.

 Dzień po tym, jak przestała miewać ten niepokojący sen, na swojej toaletce zobaczyła czarną różę. Wyciągnęła rękę w jej stronę, lecz wtedy róża zaczęła krwawić, a jej ręce w niewiadomych okolicznościach zostały poranione. Ciocia szybko zawiozła ją do szpitala. Tam jednak okazało się, że rąk nie da się wyleczyć, a jedyne co zostaje to bandażowanie ran i ciągła zmiana opatrunków. Tajemnicza róża okazała się przeklęta, ale w dniu jej pojawienia się nikt jeszcze o tym nie wiedział.
Tydzień po wizycie w szpitalu zginęła jej ciocia. Zachorowała nagle na nieznaną lekarzom chorobę. Ponieważ Annabeth miała 17 lat, nie zabrano jej do domu dziecka. Dzień później na tej samej toaletce znalazła znajomy ze snu skrawek kartki z napisem "Nie odwracaj się". Przerażona wybiegła z domu, zamykając go na klucz. Klucz ukryła w ogrodzie i zakopała go głęboko pod ziemią. Pobiegła w stronę domu Taylora, by poprosić go o schronienie. Chłopak nie odmówił. W końcu po kilku dniach postanowiła opowiedzieć mu o swoich przeżyciach, które wcześniej nie chciała zdradzić. Taylor również i w to nie uwierzył, ale przeczuwając, że dziewczyna nie będzie się czuła bezpiecznie przysiągł jej, że pójdzie sprawdzić dom. Wrócił do niej po około godzinie, twierdząc, że niczego nie znalazł. Trudno mu było powiedzieć coś innego, gdyż tak naprawdę wcale nie był sprawdzić domu. Uznał to za lekką paranoję Annabeth dlatego się tym nie przejął.

Z Annabeth było coraz gorzej. Nieważne czy w dzień, czy w nocy, słyszała tajemnicze szepty. Głosy te były podobne do głosu tego dziwnego mężczyzny ze snu. Była pewna, że to on chce ją doprowadzić do szaleństwa. Jak było widać, całkiem skutecznie. Z każdym dniem była coraz bardziej niestabilna umysłowo. Tym już Taylor się lekko przejął, a tak właściwie to trochę bardziej się zaniepokoił o własną skórę. Zaprowadził ją do psychiatryka, gdzie była pod stałą opieką psychologa. Nie zostawił jej i  odwiedzał ją każdego dnia. Męczyły go myśli, co by było gdyby jej uwierzył lub gdyby chociaż sprawdził ten dom? Postanowił, że jej nie opuści, a przynajmniej na razie. Tak naprawdę był mało zainteresowany Annabeth już od czasu gdy powiedziała mu o swoim cyklicznym śnie. Myślał wtedy, że zwariowała i przestał się nią już tak bardzo przejmować, w obawie o swoje zdrowie psychiczne. Jednak ona wiedziała to wszystko i przysięgła samej sobie, że kiedyś mu to powie prosto w twarz.

Pewnego dnia, mniej więcej trzy miesiące po pierwszej wizycie obudziła się w środku nocy. Była północ. Zmęczona swoim szaleństwem poszła przemyć swoją twarz zimną wodą. Miała nadzieję, że potem uda jej się ponownie zasnąć. Wróciła z łazienki. Na jej łóżku była bardzo mocno kojarząca jej się kartka. Podniosła ją i przeczytała. Widniał na niej napis "Nie odwracaj się." 
Była tym wszystkim tak zmęczona, że postanowiła się obrócić. Była znudzona tym całym szaleństwem i pragnęła zginąć. Przymknęła oczy. Jednak ku jej zaskoczeniu nie poczuła noża w swojej klatce piersiowej. Postanowiła otworzyć oczy i w końcu poznać swojego prześladowcę, ale widok, który ujrzała spowodował, że zamarła niezdolna do jakiegokolwiek ruchu...

Ciąg dalszy nastąpi...

Mamy nadzieję, że podobał Wam się ten początek naszego strasznego makaronu xD
Ciąg dalszy pojawi się już wkrótce, dlatego wyczekujcie kolejnego postu.
Pozdrawiamy! ^^
Taeyeon i Kimiko ♥

wtorek, 5 stycznia 2016

Nie będzie następnego razu

Hej! Witam Was kochani czytelnicy! :)
Z tej strony ponownie Sangrim!
Od razu Was ostrzegam, że to NIE JEST TEN POST KTÓRY WCZEŚNIEJ ZAPOWIADAŁAM. Mamy małe "problemy" a ponieważ dawno nic nie pojawiło się na blogu, to postanowiłam, że może coś napiszę. Coś mnie natchniło by napisać takie krótkie opowiadanie w stylu fantasy. Według mnie nie jestem zbyt utalentowana jeżeli chodzi o pisanie, ale postanowiłam spróbować. Raczej nie sądzę, że to opowiadanie będzie świetne i wciągające, ale mam nadzieję, że chociaż jednej osobie się spodoba ;)
To do dzieła! XD


~~~

Czasami cena za spełnienie obowiązku jest za wysoka, ale mimo wszystko trzeba się z nią pogodzić.

Jedyne co Navis zdążyła ujrzeć przed utratą przytomności był kawałek połyskującego w słońcu metalu, który prawdopodobnie był mieczem przeciwnika. Otrzymała wyjątkowo mocny cios w głowę, co pozbawiło ją świadomości na dobre kilka godzin.

Obudziła się na miękkim łożu w jakimś namiocie. Otworzyła oczy próbując zbadać okolicę, lecz wszystko ku jej rozczarowaniu zaszło mgłą, która wcale jej nie pomagała w badaniu środowiska. Poczuła jakby coś ją gniotło w plecy. Po chwili kręcenia się na łożu doszła do wniosku, że na szczęście nic nie stało się z jej skrzydłami, tak, skrzydłami. Navis była jednym z aniołów - patronów. Jej zadaniem była ochrona swojego podopiecznego. Na ziemi niewiele mogła wskórać, lecz w chmurach jej najpilniejszym obowiązkiem było stróżowanie Alanowi - jej piętnastoletniemu podopiecznemu. Jednak sama Navis była w tym samym wieku, co oznaczało brak większego doświadczenia. Na ziemi Alan zmarł przez bardzo groźną chorobę, w chmurach mógł zginąć z rąk demonów, a ponieważ takich nie brakowało, Navis miała powód do zmartwień i musiała nie odstępować go na krok. Pewnie zastanawiacie się czym są Chmury? Chmury to kraina gdzieś pomiędzy ziemią a niebem (lub ewentualnie piekłem). Można ją nazwać czymś w rodzaju czyśćca, tylko że w bardziej magicznej odsłonie. Chmury to tak w skrócie mówiąc magiczna kraina, która wygląda tak jak stereotypowa baśniowa kraina.

Navis usłyszała jakieś kroki.
- Wszystko w porządku? - zapytał ciepły w brzmieniu, lekko chłopięcy głos
- Yrgh... - zamruczała Navis, po czym postanowiła usiąść na łożu
- Nie wstawaj jeszcze! Jesteś jeszcze za słaba! - zaczął sprzeciwiać się głos
- Co do...? - zdziwiła się dziewczyna, ponieważ "mgła" w końcu opadła
- Spokojnie, leż...
- Gdzie ja jestem?! - krzyknęła młoda dziewczyna, ponieważ była trochę zaskoczona widokiem chłopaka.
Gdy powtórnie mogła bez jakichkolwiek "mgieł" patrzeć przed siebie, postanowiła przyjrzeć się jemu. Ach no przecież, to był Alan. Nie wiedziała dlaczego go nie poznała. Chłopak miał lekko przydługawe, czarne włosy, opadające delikatnie na jego lewe oko. Jego oczy miały kolor bardzo ciemnego brązu, były prawie czarne. Pomimo swojego młodego wieku, miał w kąciku ust mały kolczyk. Ogółem ubierał się w stylu, który można roboczo nazwać "luźnym". Aktualnie miał na sobie czarne jeansy, czerwoną koszulę w kratkę a pod spodem nosił białą bluzkę i srebrny łańcuszek. Można powiedzieć, że ten luzak był całkiem przystojny.

- Ey, ey! Laska! Uspokój się! - zaśmiał się Alan - Przytachałem cię tu, bo dość mocno oberwałaś od tego demona.
- Ehehehe... - odpowiedziała zawstydzona Navis, ponieważ to ona miała go bronić, nie na odwrót - Emmm... A to jak nas uratowałeś?
- Normalnie. Wziąłem twoją wykałaczkę i zacząłem walczyć. Tyle.
- Tiaaaaa bohaterze... A pozatym to nie jest wykałaczka tylko miecz!
- Och... Naprawdę? - droczył się dalej chłopak, a jego zadziorny charakter zaczął brać nad nim górę
Po czym Alan zdjął koszulę i rzucił ją na prowizoryczny stolik a następnie wyszedł z namiotu. "I on to sam zbudował? Nieźle..." - podziwiała dziewczyna. Następnie wyszła z namiotu by dołączyć do chłopaka.
- Sam budowałeś? - odezwała się
- Yhm... - mruknął - Jesteś głodna?
- Nawet nie...
- No jasne... Nie kryj się tak. Wiem, że onieśmielam cię, ale to nie znaczy, że masz bać się prosić mnie o drobiazgi. - zaśmiał się Alan
- Chciałbyś! - odkrzyknęła - No ale jak Panu Skromnemu to zrobi przyjemność to prosze, przynieś mam coś do jedzenia.
Chłopak w odpowiedzi tylko cicho zaśmiał się i wrócił do namiotu.

Chwilę później przyszedł z dwoma talerzami naleśników i usiadł na trawie obok Navis podając jej drugi talerz.
- Smacznego. - powiedział
- Dzięki, smacznego. - odpowiedziała, po czym spytała - Skąd ty je w ogóle wziąłeś?
- Magia! - uśmiechnął się Alan
Rzeczywiście, to trochę brzmiało magicznie. W końcu mieli zapas żywności i innych przedmiotów codziennego użytku, ale zastanawiało ją jak zdołał sporządzić posiłek bez użycia kuchenki? No w prawdzie mógł rozpalić ognisko, ale nadal nie rozumiała dlaczego miałby się tak z tym kryć. Przecież mógł je rozpalić na zewnątrz namiotu. Jednak to niezbyt obchodziło dziewczynę, ważne dla niej było, że miała czym napełnić żołądek.

Następnego dnia wyruszyli w dalszą drogę. Mieli misję do wykonania, a tak właściwie to sama Navis miała misję. Król Chmur, Dawegon, podejrzewał coś u Alana. Zdradził jej, że czuje w nim coś niezwykłego. Droga Szła dość szybko, dopóki nie weszli w tą ciemniejszą stronę Chmur - Kanion Gashegyor. Tam mieściło się siedlisko demonów. Już na sam koniec drogi przez kanion zostali prawdopodobnie napadnięci przez demony i oboje stracili przytomność.

Oboje "wrócili do żywych" w jakimś miejscu przypominającym klatkę. było dość ciemno.
-Alan! Ej! Wstawaj! - zaczęła krzyczeć Navis
- Nie widzisz, że śpię? - zamruczał chłopak
- Jak zaraz nie wstaniesz, to możesz się potem już nie obudzić!
- I tak już umarłem... Tam na ziemi... - powiedział bez żadnego przejęcia
- Wstawaj albo osobiście ci pomogę!
- No dobra, jak masz o to robić tyle hałasu... - powiedział z wyraźnym niezadowoleniem - Ey! Gdzie my jesteśmy?!
- Nie wiem, ale... - Nie zdążyła dokończyć, ponieważ ciemność zaczęła się rozpraszać, a drzwi klatki się otworzyły
Znajdowali się na czymś przypominającym arenę. Dookoła było mnóstwo demonów, krzyczących coś w rodzaju "Hagon, Hagon, Hagon!". "Co to jest Hagon?" - pomyślała Navis, lecz odpowiedź sama przyszła. Z drzwi naprzeciwko wyszedł jakiś dziwny, rogaty i obrzydliwy potwór.
- No! Wyłazić! - wrzasnął jakiś gruby męski głos, po czym oboje zostali wypchnięci z klatki.
Drzwi za nimi się zamknęły. Mieli dosłownie chwilkę by się rozejrzeć. Navis szukała jakiegokolwiek wyjścia i ujrzała coś. Z boku ujrzała jakieś drewniane, małe drzwi przez które wyraźnie wydobywało się światło. Nagle rozbrzmiał odgłos gongu, a bestię spuszczono z łańcucha. Zaczęła się walka. Nie była jakoś mocno efektowna. Cały czas Navis i Alan uciekali przed tym potworem. Trwało to może z kilka długich minut.
- Dobra, koniec! - krzyknęła Navis, po czym podleciała do strażnika stojącego na murze, wyrywając mu miecz. Następnie uniosła się na wysokość mniej więcej 4 metrów, by być na równi z potworem. Następnie zaczęła atak. Robiła uniki, skoki, zrywy i atakowała potwora mieczem. W końcu udało jej się zranić go w oko, bardzo go przy tym denerwując. Ten jednak stracił zainteresowanie Navis i obrócił się w stronę Alana, a następnie zapluł w jego stronę ogniem. Navis nie miała za dużo czasu na reakcję. Ruszyła w jego stronę, by uratować swojego podopiecznego. Alan próbował uciec, ale strumień ognia był za szeroki i nie zdołałby przed nim uciec. Navis już prawie była przy nim, tak samo jak ogień. Już stanęła obok niego lecz ogień był za blisko. Przytuliła go do siebie i zakryła go swoimi skrzydłami. Tylko tyle była w stanie zrobić. Arena okryła się kurzem...
- Aaaaargh! - odbił się echem krzyk Navis, a cała widownia zaczęła szeptać
Kurz opadł, a w kącie areny ukazał się szokujący widok. Obok Alana leżała Navis, lecz nie ta Navis, inna Navis. Otworzyła oczy, obawiając się pewnej rzeczy. Szybko chwyciła się za plecy. Jej obawy się spełniły.
- Hey! Wszystko w porządku?! - zapytał panicznie Alan - Odpowiedz! Proszę! W porządku?!
W odpowiedzi dostał smutne spojrzenie dziewczyny, a po jej policzkach poleciały łzy. Zrobiła ruch jakby chciała rozprostować skrzydła lecz... Skrzydeł nie było. Zamiast nich, zostały obwęglone kikuty.
- Och... Nie martw się... Odrosną... - chciał ją pocieszyć, lecz sam dobrze wiedział, że skrzydła nie odrastają
Wtedy tłum na widowni zaczął buczeć, a pojedyncze demony zaczęły zchodzić na arenę, przy okazji denerwując potwora. Teraz pojawiła się szansa na ucieczkę. Alan chwycił za rękę płaczącą dziewczynę i wywarzył drzwi, umożliwiając im ucieczkę. Opuścili arenę i pobiegła w stronę lasu.

Po chwili doszli do wniosku, że zdołali uciec. Zamiast się cieszyć i śmiać się ze swojego szczęścia, zapadła niezręczna cisza. Navis szła powoli, rozstrzęsiona utratą skrzydeł. Wiedziała z czym to jest związane. Teraz już nie mogła stróżować Alanowi, prawo tego zabraniało. Anioł bez skrzydeł nie mógł pełnić już swoich funkcji, był traktowany jak kaleka. Ciszę postanowił przerwać Alan.
- Nie martw się, wszystko będzie dobrze - lekko uderzył ją w ramię i próbował się uśmiechnąć
- Nic już nie będzie dobrze... - powiedziała ze smutkiem i powagą
- Następnym razem musimy bardziej uważać.
- Nie będzie następnego razu... - powiedziała i ręką pokazała gest, że chłopak ma zamilknąć i się o nic nie pytać
Dalsza droga minęła w ciszy...

~~~

No to tyle XD
Czuję, że chyba zmarnowałam w miarę OKai scenariusz, no ale mam nadzieję, że nie było aż tak źle ;)
Do następnego postu! (przewiduję, że będzie to już ten obiecany post xD)
Pozdrawiam
Sangrim  ^^

Paczka informacji :)

Witajcie nasi czytelnicy :)
Z tej strony Sangrim (dawniej Kimiko).
Dzisiaj przedstawię Wam pewną krótką informację. :)

Pewnie zauważyliście, że w autorach bloga można znaleźć nową osobę - Sangrim. No cóż, to po części tylko nowa osoba. Tak naprawdę to ja - Kimiko, po zmianie nazwy (myślę, że po wstępie zaczeliście to akurat podejrzewać XD) . Powiem Wam w takiej małej tajemnicy, że tamten nick mi się znudził, a ponieważ kiedyś wpadłam na taką pewną ciekawą nazwę to pomyślałam sobie "Dlaczego by nie?".
Czyli w skrócie - Sangrim to ja, tylko pod nową nazwą, także nie dziwcie się, że w następnych postach będę się podpisywać nową nazwą.

Tak, wiem, że trochę z tym zwlekałam XD

No koniec już XD
Mam nadzieję, że wszystko przedstawiłam w miarę jasno i sensownie.
Pozdrawiam
Sangrim (Kimiko) :)