sobota, 27 lutego 2016

Dawny grzech - Kim jesteśmy?

Hejka :)
No więc chyba mogę w imieniu Sangrim i moim napisać, że bardzo przepraszamy za tak długi brak posta, ale wszyscy chodzący do szkoły wiedzą, że ciężko jest znaleźć czas na swoje zainteresowania.
Nie jestem wielbicielką długich wstępów, więc dzisiaj zapraszam Was na pierwszą część opowiadania mojego autorstwa i życzę...
Miłego czytania :)

Opowiadanie jest napisane w koreańskich klimatach także chciałabym wytłumaczyć zwroty grzecznościowe, które pojawią się w nim:
Noona - w ten sposób zwraca się chłopak do starszej od siebie dziewczyny, która jest jego przyjaciółką
Unnie - w ten sposób zwraca się dziewczyna do swojej starszej przyjaciółki
Hyung - w ten sposób zwraca się chłopak do swojego starszego przyjaciela

Kim jesteśmy?


Świecisz w tej gęstej ciemności, 
to jakby efekt motyla.
Twoja drobna dłoń coś pokazuje,
nagle sprawia, że tracę kontakt z rzeczywistością.
To jak delikatnie trącający mnie powiew wiatru.
To jak pył, który łagodnie mnie otula.
Jesteś tam, ale z jakiegoś powodu nie mogę cię dotknąć. 

     Była właśnie w trakcie rozpakowywania pudła z napisem "Uwaga: SZKŁO" kiedy uświadomiła sobie, że od dawna nie słyszy, aby ktoś próbował się dodzwonić na jej telefon komórkowy. Podniosła wzrok znad porcelanowych filiżanek, które właśnie miała wyjąć z kartonu i zmarszczyła lekko brwi, nasłuchując. Sięgnęła do kieszeni swoich ulubionych, spranych jeansów i natrafiła na pustkę. Uważnie rozejrzała się po całym pomieszczeniu zastawionym niemal wszędzie kartonowymi pudełkami, zawieszając wzrok na każdym potencjalnym miejscu gdzie mogła odstawić swoją zgubę. Podeszła do niewielkiego stolika, przekładając kartony dotychczas na nim położone na panele, ale tam również nie znalazła swojego telefonu. Usiadła na łóżku, czując jak materac załamuje się pod ciężarem jej ciała i ukryła twarz w dłoniach, próbując się trochę uspokoić, aby przypomnieć sobie gdzie ostatni raz miała go przy sobie. Po kilkunastu sekundach spędzonych na usilnym myśleniu wstała z mebla i postanowiła rozejrzeć się jeszcze po pozostałych pomieszczeniach jednak możliwość znalezienia tam zguby była minimalna, a wręcz niemożliwa, ponieważ żadnego z nich wcześniej nie odwiedzała. Po kilkunastu zmarnowanych minutach zajrzała również do przedpokoju, a jej spojrzenie utkwiło w przestarzałym telefonie stacjonarnym opartym o jakieś zdjęcie w ramce. Nie przyglądała się dłużej obrazkowi i szybko chwyciła za słuchawkę, wybierając numer i modląc się o to, żeby usłyszeć dźwięk swojej ulubionej piosenki. Już po chwili ciszę panującą dookoła zakończyła skoczna melodia solowego kawałka Hyuny "Roll Deep", a Ji odetchnęła z ulgą, odkładając słuchawkę na szafkę tak aby nadal słyszeć dźwięk swojego dzwonka. Jednak ku swojemu zdziwieniu, po dotarciu do salonu, w którym poprzednio pracowała znów zapanowała cisza. Zrobiła kilka kroków w tył i wtedy ponownie usłyszała piosenkę. Rozejrzała się uważnie po przedpokoju, ale nie było tam ani telefonu komórkowego, ani miejsca gdzie mógłby być schowany. Podeszła do drzwi frontowych, otwierając je i zlustrowała wzrokiem schodki prowadzące do nich aby sprawdzić czy przypadkiem zguba nie wypadła jej gdzieś w drodze do domu. Ku swemu zdumieniu na ciemnej wycieraczce ujrzała swój smartphone i niewielką karteczkę, która była przyklejona do wyświetlacza maleńką, turkusową naklejką w kształcie serduszka. Ji Ah podniosła swoją zgubę i czując jej ciężar w swojej dłoni poczuła się odrobinę pewniej. Z pewnością odetchnęłaby z niemałą ulgą gdyby nie fakt, że nie miała pojęcia czemu i kto podrzucił jej telefon pod drzwi. Smartphone był jednym z najnowszych modeli i choć dziewczyna cieszyła się, że go odzyskała to jednak zaniepokoiło ją, że ktoś jej go oddał. Nim spojrzała na karteczkę zrobiła krok do przodu i zamknęła za sobą drzwi, rozglądając się dookoła.
- Jest tu ktoś? - zapytała szeptem w przestrzeń, ale jak się spodziewała nikt jej nie odpowiedział, więc też nie przejmując się tym dłużej, spuściła wzrok na skrawek papieru.

NIE DZIĘKUJ.

Ale komu miała nie dziękować? Ji Ah zmarszczyła brwi i odrobinę zdenerwowana zerwała karteczkę z wyświetlacza, niefortunnie rozrywając ją na pół. Weszła z powrotem do domu, zamykając za sobą drzwi na klucz, ponieważ właśnie zaczęła się obawiać, że ktoś ją obserwuje. Położyła skrawek papieru na parapecie najbliższego okna, wcześniej sklejając go w miejscu rozerwania serduszkiem-naklejką. Nacisnęła przycisk z boku ekranu dzięki czemu mogła podziwiać przez kilka sekund swój ekran blokady. Dopiero wtedy odetchnęła z ulgą, ponieważ wcześniej mimo wszytko obawiała się, że smartphone, na którego pieniądze tak długo zbierała, może jednak okazać się zepsuty. W momencie kiedy miała odłożyć telefon na stolik w salonie, aby mieć go na widoku ponownie usłyszała "Roll Deep", więc szybko sprawdziła kto chciałby się z nią skontaktować. Ji delikatnie uśmiechnęła się pod nosem, widząc znajomy numer telefonu i czym prędzej odebrała połączenie.
- Noona! Jesteś już w swoim nowym domku? - usłyszała podekscytowany głos małego chłopczyka, a jej uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej.
- Yi Ahn! Oddaj mi telefon! Unnie musi najpierw ze mną poważnie porozmawiać!
- Nie! Ja byłem pierwszy i to ja będę z nią rozmawiał.
- W porządku. Możesz z nią porozmawiać, ale najpierw ja!
- Hyo Yeon! Yi Ahn! Nie ma mowy. To ja muszę z nią pierwszy porozmawiać.
- Jak tak dalej pójdzie to żadne z nas z nią nie porozmawia.
- Dzieci! Uspokójcie się, bo wam odbiorę telefon. - Ji Ah nagle usłyszała z drugiej strony stanowczy głos dorosłej kobiety, który spowodował, że kłótnia pomiędzy czwórką dzieciaków momentalnie ucichła.
- Mówiłam im, ale oni nie chcą mnie słuchać! Unnie obiecała mi, że to ze mną porozmawia jako pierwszą. - pisnęła Hyo Yeon, która brzmiała jakby zaraz miała się rozpłakać.
- Nie! Noona niczego ci nie obiecała. - stanowczo zaprzeczył chłopięcy głosik, a zaraz poparł go drugi, twierdząc, że dziewczynka zawsze tylko kłamie.
- Ji, skarbie, wygląda na to, że ta czwórka zabije się o to kto będzie pierwszy, więc dam cię na głośnik, w porządku? - zapytała starsza kobieta na co dziewczyna skinęła twierdząco głową.
Kilka sekund zajęło jej zrozumienie, że ta nie miała prawa tego zobaczyć, więc potwierdziła swoją zgodę już słownie.
- Cześć dzieciaki! - przywitała się z kłótliwą czwórką Ji kiedy już była pewna, że głośnik został włączony.
- Cześć noona! Cześć unnie! - wykrzyknęły podekscytowane głosy dwóch chłopców i dwóch dziewczynek jednocześnie.
- Wprowadziłaś się już do swojego nowego domku? - zapytała Hyo Yeon, która jako, że z całej czwórki najstarsza postanowiła, że to ona musi zabrać głos w pierwszej kolejności.
- Tak. Jest cudowny, ale jeszcze muszę w nim sporo dopracować aby stał się domkiem moich marzeń. - odpowiedziała Ji Ah, przysiadając na skraju łóżka i uśmiechając się pod nosem, będąc szczęśliwą, że znowu może porozmawiać ze swoimi ulubieńcami.
- Noona! Noona! Ale obiecujesz, że będziesz nas odwiedzać zawsze kiedy będziemy obchodzić urodziny lub w święta? - zapytał jakby zmartwiony Ji Soo, przekrzykując Yi Ahna, który już chciał coś powiedzieć ze względu na swoje drugie miejsce w rankingu starszeństwa.
- Ji Soo! Jak mogłeś w ogóle w to wątpić! Oczywiście, że będę was odwiedzać. - zaśmiała się Ji Ah, mierzwiąc włosy palcami.
- Ale obiecaj, noona~ - poprosił błagalnie Yi Ahn na co dziewczyna westchnęła.
- Dobrze. Obiecuję, że postaram się was odwiedzać w wasze urodziny oraz w święta. - przyrzekła Ji, ale natychmiast z drugiej strony odezwał się protest.
- Nie, unnie! Masz nas odwiedzać, a nie postarać się odwiedzać! To dwa różne znaczenia, a my nie damy się na to nabrać. - stwierdziła oburzona Hye Ri, którą starsze dzieciaki w końcu dopuściły do głosu.
- Właśnie, noona! Nie możesz nas oszukiwać! - zaoponował Ji Soo, wyjątkowo zgadzając się ze swoją młodszą przyjaciółką.
- Dobrze, dobrze... - westchnęła Ji. - Obiecuję, że będę was odwiedzać w wasze urodziny i w święta. Teraz wam pasuje?
- Unnie! Nie możesz zadawać takiego pytania, bo to brzmi jakbyś miała nam za złe, że chcemy cię zobaczyć. - powiedziała smutnym głosem Hyo Yeon, a dziewczyna od razu poczuła się winna, słysząc to.
- Oczywiście, że nie mam wam tego za złe. Ale tak dla pewności: Hyo Yeon ma urodziny 22 września, Yi Ahn 4 lutego, Ji Soo 30 grudnia, a Hye Ri 9 czerwca, prawda?
- Prawda! - krzyknęły chórem dzieciaki na co uśmiech na twarzy Ji jeszcze bardziej się poszerzył.
- Dzieci, kończcie już. Ji Ah ma teraz zapewne dużo spraw na głowie. Nie przeszkadzajcie jej dłużej. - dziewczyna usłyszała głos starszej kobiety.
- Do zobaczenia wszystkim! - powiedziała, kończąc rozmowę w momencie gdy dzieciaki jej odpowiedziały.
     Po zakończeniu rozmowy odchyliła się do tyłu, kładąc się na łóżku i westchnęła, przypominając sobie przeszłość. Ji Ah dawniej była jedną z sierot zamieszkujących Dom Miłości w miejscu oddalonym kilkadziesiąt kilometrów od tego, w którym znajdowała się obecnie. Mimo, że dla wielu smutne było nie posiadanie rodziców lub kochających krewnych gotowych przyjąć dziecko pod swoją opiekę, dziewczyna nie czuła się szczególnie skrzywdzona przez los. Przez dwadzieścia jeden lat mieszkania w sierocińcu zrozumiała, że jej rodziną są Hyo Yeon, Yi Ahn, Ji Soo, Hye Ri oraz jej opiekunka, pani Kim, za których dziękowała Bogu gdy tylko miała ku temu okazję. Ji Ah nie wyróżniała się spośród tłumu niczym szczególnym. Była szczupłą dziewczyną, przeciętnego wzrostu z krótkimi, prostymi włosami sięgającymi ramion oraz czarnymi oczami. Aż do dwudziestego roku życia nie miała pojęcia co chciałaby robić w przyszłości, więc próbowała wszystkiego czego chciałaby się nauczyć. Jednak nie była zbyt dobra ani w rysowaniu, ani śpiewaniu, ani tańczeniu lub choćby w grze na gitarze, której tak bardzo pragnęła się nauczyć. Po bardzo długim czasie poszukiwania swojego talentu gdy już miała ochotę się poddać z powodu tego, że w niczym nie była szczególnie dobra, odnalazła swoje prawdziwe powołanie. Pisanie. Była prawdziwą czarodziejką słów, która potrafiła dobrać je tak pięknie by zawsze stwarzały aurę tajemniczości oraz jakiegoś przedziwnego uroku, który sprawiał, że chciało się czytać coraz więcej jej dzieł. Jednak Ji Ah nie wierzyła, że jest aż taka dobra w pisaniu i wszystko co wyszło spod jej pióra po pewnym czasie lądowało w koszu gdy autorka stwierdziła, że to wcale nie jest tak dobre jak być powinno. Z jakiegoś powodu dziewczyna postanowiła, że wyprowadzi się nad morze kiedy tylko osiągnie pełnoletniość i tam postara się stworzyć dzieło, które w końcu sprawi, że będzie z siebie i swojej książki dumna. Tak też zrobiła i właśnie z tego powodu znalazła się w miejscu pełnym tajemnic i zapomnianych już dawno przez świat grzechów.

~*~

     Po skończeniu rozpakowywania wszystkich pudeł Ji była już wykończona i wręcz marzyła o gorącej kąpieli, a następnie o śnie w cieplutkim łóżku. Jednak mimo późnej godziny postanowiła wybrać się nad morze, aby zobaczyć zachód słońca i chociaż trochę zapoznać się z okolicą. Na podkoszulek z krótkim rękawem ubrała jedynie dość cienki sweter i zabrała ze sobą smartphone, żeby w razie potrzeby służył jej za latarkę. Zamknęła dom na klucz, wrzucając go do swojej kieszeni i wyruszyła w stronę plaży znajdującej się zaledwie kilometr od swojego nowego miejsca zamieszkania. Spacerując rozglądała się dookoła i zaobserwowała, że w pobliżu stoją jedynie dwa domki bardzo podobne do tego, który sama kupiła. Słońce powoli zaczęło chować się za horyzont dzięki czemu niebo mieniło się zrównoważoną paletą barw. Kiedy Ji Ah znalazła się już na piaszczystej plaży usiadła na piasku tak blisko morza, że delikatne fale nadchodzącego przypływu łagodnie obmywały jej podniszczone od częstego chodzenia tenisówki. Dziewczyna patrzyła prosto przed siebie na Słońce, które niemal niknęło za linią widnokręgu i zastanawiała się jak mogłaby użyć ten dość oklepany już motyw w swojej książki w sposób, który będzie wyjątkowo oryginalny. Zamyśliła się tak bardzo, że nawet nie zwróciła uwagi na to, że jej tenisówki są już doszczętnie przemoczone, a nogawki jeansów zaczynają przesiąkać wodą. Z letargu wyrwał ją jednak jakiś ruch, który zaobserwowała kątem oka. Drgnęła i obróciła się w tamtym kierunku, natrafiając wzrokiem na molo, na którym ktoś siedział.
       Z odległości, w której Ji Ah siedziała mogła stwierdzić bez najmniejszego problemu, że to na oko chłopak może po skończonej dwudziestce może nawet jeszcze nastolatek. Był ubrany w białą koszulę z długim rękawem, która lekko opinała jego umięśnione plecy, ponieważ obejmował kolana ramionami, oraz w krótkie spodenki o ciemnym kolorze. Przydługa, brązowa grzywka wpadała mu do oczu, ale chłopak najwidoczniej nie zwracał na to uwagi, patrząc się na Słońce, które niemal całkowicie skryło się za horyzontem. Dziewczyna zauważyła jeszcze, że nie miał na sobie butów, ani skarpetek.
         Po dość długim czasie Ji zorientowała się, że zamiast podziwiać zapierające dech w piersiach barwy okalające teraz niebo, wpatruje się właśnie w tego młodzieńca i to już od dość długiej chwili. Właśnie kiedy miała się zreflektować i odejść w kierunku swojego domu, aby nie musieć wracać tam w egipskich ciemnościach, chłopak odchylił głowę do tyłu i zdmuchnął z twarzy kosmyk, który najwidoczniej go drażnił. Kiedy to zrobił najwyraźniej zauważył Ji kątem oka, ponieważ przez chwilę zwrócił twarz w jej stronę, nawiązując kontakt wzrokowy z dziewczyną, która mimowolnie wstrzymała oddech bez bliżej określonego powodu. Chłopak jednak już chwilę potem ponownie odwrócił się i zasiadł w tej samej pozycji w jakiej siedział kilka minut wcześniej. Dziewczyna była zdziwiona brakiem zainteresowania ze strony młodzieńca, bo chociaż mógłby zmarszczyć brwi co byłoby normalną reakcją, ale może każdego traktował z taką obojętnością. W Ji Ah przez dobrych kilkanaście sekund wezbrała nieprzemożona chęć aby podejść do chłopaka, ale był to tak beznadziejny pomysł, że już wkrótce oparła dłoń o piasek za sobą, podnosząc się. Wtedy nagle, w niewielkiej oddali od siebie ujrzała szklaną butelkę, która odbijała intensywne światło zachodu Słońca. Dziewczyna nie poświęciła jej zbyt dużo uwagi, tak jak niemal każdy człowiek traktuje śmieci i odeszła w stronę swojego domku, od czasu do czasu naświetlając drogę latarką. Na plaży został jedynie siedzący w niezmienionej pozycji chłopak, uparcie wpatrujący się w wody morza oraz szklana butelka skrywająca tajemnice, o których Ji dopiero miała się dowiedzieć.

~*~

     Dni mijały dziewczynie na zwiedzaniu sklepów znajdujących się w odległym od plaży miasteczku, w celu zakupienia jakichś ozdóbek aby jej dom stał się bardziej przytulny i cieszący oko. Uparcie szukała i kupowała w sklepach podobające się jej dekoracje jednak żadna z nich nie potrafiła sprawić, żeby dom stał się ładniejszy w jej oczach. Nie chodziło o to, że jej nowe miejsce zamieszkania nie podoba się dziewczynie. Jednak była tam wszechobecna pustka - nie było nikogo oprócz niej. Dla osoby, która całe swoje życie spędziła w Domu Miłości, wśród masy ciągle rozmawiających, krzyczących oraz śmiejących się dzieci, mieszkanie samej w zupełnej ciszy było czymś nienaturalnym oraz najzwyczajniej w świecie jej się to nie podobało. Nie podobało się jej również, że najbliższy sklep jest dobre siedem kilometrów stamtąd, że nie ma tutaj żadnej ze swoich przyjaciółek oraz przyjaciół, że nie ma kto po niej krzyczeć gdy zdarzało się jej przeskrobać i to, że nie może zabrać się do pisania książki, która miała być jej życiowym dziełem. Jedyne co rekompensowało jej te wszystkie drobne albo większe wady mieszkania samej było morze znajdujące się zaledwie kilometr od tego miejsca.
     Tego dnia Ji wróciła do swojego domu dopiero o godzinie dwudziestej pierwszej w nocy. Wcześniej miała bardzo długą podróż w obie strony do samego Seulu, aby złożyć kwiaty i pomodlić się na grobie swoich rodziców. Odkąd tylko wprowadziła się do swojego nowego domu, czuła, że powinna to zrobić, bo inaczej będzie miała nieczyste sumienie. To był pierwszy raz kiedy odwiedziła swoich rodziców na cmentarzu. Kiedy w wieku siedemnastu lat dowiedziała się w jaki sposób zginęła jej matka, a dosłownie parę dni po tym wydarzeniu, ojciec, nie mogła pójść na cmentarz gdyż nie wiedziała gdzie są oni pochowani. A gdy to również wiedziała nie była w stanie tam pójść.
     Ji Ah rzuciła się na swoje łóżko i przymknęła oczy, pozwalając sobie na chwilę odpoczynku po męczącym dniu. Jednak należała do osób, które mimo swojej miłości do spania nie mogły zasnąć tak wcześnie. Bo dla Ji godzina dwudziesta pierwsza w nocy zaliczała się do zbyt wczesnej pory na spanie. Więc koniec końców wstała z łóżka, ziewając przeciągle i zmierzwiła włosy palcami, przeglądając się w lustrze wiszącym nad jej toaletką. Po natychmiastowym stwierdzeniu, że wygląda gorzej niż zombie lub co gorsza Ji Soo kiedy się go obudzi, dostrzegła na podłodze przy oknie jakiś papierek, więc podniosła go aby wyrzucić go do kosza na śmieci. Jednak wtedy spostrzegła tajemnicze "Nie dziękuj." i nie była w stanie zrobić tego co zamierzała, więc odłożyła karteczkę na toaletkę i tchnięta jakimś nieuzasadnionym przeczuciem, szybko ubrała swoje znoszone trampki i zgarnęła latarkę.
     I nie mogła być świadkiem tego, że nagle w lustrze pojawiło się odbicie młodego, czarnowłosego chłopaka, który uśmiechał się delikatnie pomimo łzy spływającej po jego policzku.
     Wkrótce prawda miała wyjść na jaw.

~*~

     Ji Ah niemal biegiem dotarła na plażę i kiedy w końcu stanęła na piasku nie miała pojęcia ani po co tam przyszła, ani czego spodziewała się tam zobaczyć. Księżyc świecił tej nocy bardzo jasno gdyż zbliżała się pełnia, więc dziewczyna wyłączyła latarkę, doskonale widząc gdzie stawia kroki. Po chwili usłyszała cichy śmiech i mimowolnie włączyła urządzenie, przyciskając je kurczowo do siebie i rozejrzała się na boki. Ujrzała białą plamę na końcu mola i dopiero po skierowaniu strumienia światła w tamtą stronę zorientowała się, że jest to brązowowłosy chłopak, który siedział dokładnie w tym samym miejscu, ubraniach i pozycji, w których zastała go kilka dni wcześniej. Nie miała nawet chęci zastanawiać się dlaczego młodzieniec znajduje się tam o tak późnej porze i szybko skierowała swoje kroki w stronę gdzie siedziała kiedy pierwszy raz była na plaży. Przez chwilę światło latarki przemierzało piasek, ale już wkrótce oczom Ji Ah ukazał się przedmiot, którego poszukiwała. Sama nie wiedząc czemu to robi sięgnęła po szklaną butelkę, obracając ją w dłoni i dostrzegając mnóstwo kartek upchniętych w jej wnętrzu. Zaskoczyła się, że nie dostrzegła tego wcześniej i zmarszczyła brwi, zastanawiając się czy powinna zobaczyć co zawiera na sobie papier czy jednak nie. W końcu postanowiła wziąć butelkę i spróbować otworzyć ją w domu.
- Nie otwieraj tego! - usłyszała nagle przestraszony głos dziewczyna i mimowolnie podskoczyła, upuszczając butelkę na zmoczony piasek w pobliżu swoich stóp. Na szczęście przedmiot nie ucierpiał podczas upadku, więc szybko podniosła szkło, ściskając je w dłoni i dopiero po zrobieniu tego rozejrzała się dookoła. Ku swojemu zaskoczeniu ujrzała, że chłopak, którego widziała na molo już dwukrotnie stał teraz i wpatrywał się w nią z widocznym przerażeniem w oczach,
- Dlaczego? - rzuciła jedynie szeptem pewna, że nieznajomy jej nie usłyszy. Drgnęła zaskoczona kiedy chłopak bardzo powoli zszedł z mola. Szedł bardzo dziwnie, wlokąc za sobą jedną nogę jakby była ona zraniona i utrudniała mu poruszanie się. Jednak kiedy tylko zszedł z mostu i znalazł się na piasku przybiegł do Ji Ah nad wyraz szybko i zatrzymał się zdecydowanie zbyt blisko dziewczyny, naruszając jej przestrzeń osobistą. Cofnęła się o kilka kroków w tył jednak widząc, że nieznajomy nadal się do niej zbliża, krzyknęła:
- Ani kroku dalej, bo zadzwonię po policję. - oczywiście skłamała, ponieważ swój telefon zostawiła na toaletce i gdyby nie miała szklanej butelki, która w razie takiego wypadku mogłaby jej posłużyć za broń z pewnością uciekałaby z tamtego miejsca ile sił w nogach.
- Policję? Zadzwonisz? - powtórzył chłopak jakby oszołomiony i nie zważając na groźbę dziewczyny przysunął się jeszcze krok bliżej. Ji Ah zaczęła modlić się w duchu aby udało się jej tej nocy wrócić do domu i podniosła wyżej szkło aby pokazać młodzieńcowi, że w każdym momencie może go uderzyć. - Ty się mnie boisz, prawda? - zapytał nagle retorycznie po chwili intensywnego wpatrywania się w dziewczynę.
- Nie znam cię, siedzisz tam - wskazała molo. - już drugi raz kiedy jestem na plaży, a w dodatku ta karteczka, więc niby jak mogłabym się ciebie nie bać?
- Widziałaś mnie dwa razy? - zapytał chłopak z szeroko otwartymi oczami. - I o jakiej karteczce mówisz?
- Czyli ona nie jest od ciebie... - westchnęła Ji, mierząc nieznajomego uważnym spojrzeniem.
     Chłopak był naprawdę przystojny, a z bliska dziewczyna mogła dojrzeć to czego z oddali nie była w stanie zauważyć. Tęczówki młodzieńca odbijały światło księżyca, dając dziwne wrażenie, że można utonąć w ich czerni. Końcówki jego włosów były zdecydowanie ciemniejsze od reszty fryzury i delikatnie połyskiwały, a na środku szyi chłopaka widniała naprawdę okropnie wyglądająca rana, która wyglądała jakby co najmniej wbił sobie on jedną trzecią noża do skóry. Widząc to skaleczenie Ji Ah cofnęła się o kolejny krok w tył, ale oczywiście znając swojego pecha nie przewidziała, że potknie się o własną nogę i upadnie na piasek.
- Wszystko w porządku? - zapytał nieznajomy, wyciągając dłoń aby pomóc dziewczynie w podniesieniu się jednak szybko ją cofnął, szepcząc coś pod nosem.
- Co to jest? - spytała Ji Ah, całkowicie ignorując pytanie, które zadał jej młodzieniec i wskazała drżącym palcem na szyję chłopaka. Nieznajomy wyglądał jakby miał przywitać swoją twarz z dłonią, ale nie zrobił tego, szybko stawiając kołnierzyk koszuli i tym razem to on cofnął się o krok.
- Nic takiego. Uwierz mi, że już przestało boleć. - uśmiechnął się blado, ponownie stawiając krok w tyłu. - Może kiedyś się dowiesz co się stało. - chłopak wyglądał jakby w tamtym momencie marzył tylko i wyłącznie o jak najszybszym zniknięciu sprzed oczu dziewczyny. - Nie otwie... - zaczął, ale przerwał i lekko potrząsnął głową, wprawiając kilka kosmyków swoich włosów w ruch. - Proszę cię, żebyś nie otwierała tej butelki. Wiem, że się nie znamy i najprawdopodobniej nie będziesz w stanie mi zaufać, po czym otworzysz ją, ale... Proszę, nie rób tego. - zakończył nieznajomy przerażonym głosem, a oczy zaszkliły mu się od łez. - Proszę... - powtórzył i nie czekając na reakcję Ji Ah odwrócił się i pobiegł w kierunku mola jakby coś go ciągnęło w tamtą stronę.
     Dziewczyna powoli odeszła w stronę swojego domu, wielokrotnie spoglądając w stronę mostu dopóki nie zniknął jej z oczu. W dłoniach trzymała szklaną butelkę i zastanawiała się czy powinna posłuchać nieznajomego chłopaka, czy otworzyć ją. Wkrótce dotarła do domu i na wszelki wypadek zamknęła drzwi na klucz. Kiedy odłożyła szkło na parapet tuż obok karteczki z napisem "Nie dziękuj." chwyciła swoją piżamę i czym prędzej poszła do łazienki aby wziąć prysznic. Postanowiła, że przemyśli i zweryfikuje całą sytuację, już leżąc w łóżku.
     Nie mogła być świadkiem tego, że w lustrze ponownie pojawia się czarnowłosy młodzieniec, szybko naklejający turkusowe serduszko na zapisany wcześniej skrawek papieru i dmucha w niego, dzięki czemu ten materializuje się na parapecie tuż przed znalezioną butelką. Wkrótce po tym chłopak uśmiecha się i liczy naklejki znajdujące się na jego dłoni.
     3 serduszka.
     3 szanse na kontakt ze światem żywych.

~*~
Kim jesteśmy?

     Ji Ah nie miała już głowy do myślenia o szklanej butelce znalezionej na plaży, więc stała ona dalej na parapecie i była zakrywana przez cieniutką warstwę kurzu. Odkąd nareszcie wpadła na pomysł, który mogła wykorzystać podczas pisania dzieła, o którym tak długo marzyła, nie mogła oderwać się od laptopa i jedynym jej problemem było to, że dzień nie posiada dwudziestu sześciu godzin aby mogła dłużej pisać. Podobny problem spotyka każdego pisarza, który po wymyśleniu zarysu fabuły nie może ani jeść ani spać ani myśleć o czymkolwiek oprócz swojego dzieła. I jedyne co jest w stanie robić to pisać i pisać, bo bez tego czuje się jakby nie mógł oddychać. Bo pisanie jest najważniejsze.
     Tak też czuła się Ji Ah, która nareszcie wiedziała co chce przekazać ludziom i spędzała przed swoim laptopem trzy czwarte dnia. Kiedy pani Kim się o tym dowiedziała stanowczo nakazała jej, że dziewczyna musi przebywać na świeżym powietrzu przynajmniej dwie godziny każdego dnia. Ji Ah tylko westchnęła wówczas na słowa kobiety i pożegnała się z dzieciakami, chwytając laptopa w dłoń  i kierując swoje kroki w kierunku plaży. Jednak gdy była w połowie drogi zauważyła coś czego nie dostrzegła wcześniej w ciemnościach. Niedaleko jej domu znajdował się cmentarz, który wyglądał na nieużywany już od bardzo dawna, więc dziewczyna kierowana jakimś impulsem skierowała się w tamtą stronę, przechadzając się między grobami i czytając nazwiska oraz imiona znajdujące się na nagrobkach. W pewnym momencie zauważyła dwa groby, które wyglądały na stosunkowo nowe w porównaniu do reszty. Ji Ah podeszła do nich, lecz ku swojemu zaskoczeniu zauważyła, że nie znajdują się na nich nazwiska ani imiona umarłych. Wkrótce dostrzegła koślawe literki KSJ na pierwszym z nagrobków i KTH na drugim. Przez chwilę wpatrywała się w te dwa groby, nie mając pojęcia dlaczego i oprzytomniała dopiero wtedy kiedy zawiał ostrzejszy wiatr rozwiewając jej krótkie włosy. Ji Ah skierowała się w kierunku wyjścia z ponurego cmentarza kiedy usłyszała łamanie gałązki gdzieś za sobą. Szybko odwróciła się, lustrując uważnie wzrokiem groby. Przez chwilę wydawało się jej, że dostrzega jakąś białą plamkę w pobliżu tych dwóch grobów, przed którymi wcześniej stała, ale gdy mrugnęła owe coś zniknęło. Nie przejmując się tym dłużej szybszym niż dotychczas krokiem poszła w kierunku plaży.
     Jednak "biała plamka" nie jest złudzeniem optycznym dziewczyny.
     A na grobie z napisem KSJ pojawia się karteczka z napisem "Przyjaciele na zawsze, hyung?"
     2 serduszka.
     2 szanse na kontakt ze światem żywych.

Mam nadzieję, że się spodobało ;)
O ile wiem Sangrim też coś dla Was szykuje...
Taeyeon

środa, 20 stycznia 2016

Rose

Hej! :)
Witamy Was po przerwie! (Bardzo długiej z resztą.)
Przepraszamy za ten dłuuuuuuuuuuuuuuugi brak jakiegokolwiek postu na blogu, ale miałyśmy naprawdę pracowite i męczące tygodnie. Mam nadzieję, że rozumiecie.
Ale teraz to już mało ważne. Wracamy z postem o tematyce, której nie koniecznie mogliście się spodziewać. Zajmiemy się stworzeniem własnej creepypasty! :D Ponieważ ta jest naszą pierwszą, to bardzo prosimy o wyrozumiałość (no wiecie, trzeba jakoś zacząć xD).
To co? Może koniec tego ględzenia... Zacznijmy! :)
Miłego czytania :)    

Rose


Był cudowny, letni poranek. Annabeth Thames i jej rodzina właśnie wybierała się na długo wyczekiwaną wycieczkę. Mieli przed sobą długą drogę, dlatego musieli wstać wcześnie rano. Annabeth, pomimo iż była wyjątkowym śpiochem, wstała najwcześniej z całej rodziny. Chciała odpocząć od tego całego stresu, który przeżywała w ciągu ostatnich dni. Miewała sny, ale nie takie zwykłe. Na pozór normalne, ale przy każdym z nich odczuwała dziwne uczucie, jakby ktoś ją obserwował. Jednak teraz to nie było ważne. Cieszyła się, że w końcu gdzieś wyruszy w podróż. Cała rodzina szybko się zebrała, wpakowała bagaże do samochodu i wyruszyła w drogę. Trasa była bardzo długa, a na drogach ogromne korki.

W końcu zostało im do przebycia tylko kilkadziesiąt kilometrów. Zapadła noc. Annabeth i jej młodsza siostra, Sarah, zasnęły ze zmęczenia jednak nie na długo. Annabeth obudziły głośne krzyki jej mamy, a przed autem ukazało się oślepiające światło. Sekundę później poczuła uderzenie, a samochód zaczął się skądś staczać. Koziołkował, a potem osiadł na dachu. Wtedy straciła przytomność. O dziwno obudziła się dosłownie chwilę po wypadku. Rozejrzała się dookoła, ale wszędzie była tylko krew. Spojrzała w bok i ujrzała przerażający widok. Była to Sarah. Miała wielką ranę na głowie, w której było mnóstwo odłamków szkła. Pomimo iż młodsza miała 12 lat, płakała jak dziecko. Z resztą, kto by nie płakał. Annabeth spojrzała w przód. Tam z kolei zobaczyła swoich rodziców. Mama leżała bezwładnie na desce rozdzielczej z przebitą jakimś prętem głową. Tata nie wyglądał wcale lepiej. W jego klatkę piersiową wbiła się kierownica, a  głowa była pokaleczona szkłem. W tej chwili Annabeth spostrzegła, że czuje przeszywający ból w nodze. Uznała, że pewnie została tak przygnieciona siedzeniem, że ją złamała. Dookoła samochodów zaczynał rozniecać się ogień, który niebezpiecznie zbliżał się w stronę dziewczynek. Na szczęście wypadek był przy dość ruchliwej drodze dlatego w porę zareagowało mnóstwo ludzi. Zaraz poczęli wybijać resztki szyb i wyciągać poszkodowanych. Szesnastolatka z przerażeniem patrzyła na płonące, doszczętnie zniszczone samochody. Po jej policzkach zaczęły spływać łzy. Czuła smutek niebezpiecznie zmieszany z gniewem. Miała ochotę krzyczeć, pobić sprawcę wypadku, któremu udało się wyjść cało, bez większych obrażeń. Skupiła na nim wzrok i już chciała wyrwać się z rąk kobiety, która pomagała utrzymać się jej na nogach, gdy nagle poczuła senność i zmęczenie. Przymknęła lekko oczy i już chciała zasnąć, lecz poczuła wtedy, że jej nogi odrywają się od podłogi a jakiś męski głos mówi "Pomóżcie mi ją posadzić i ustabilizować". Włożono ją na nosze, a potem wraz z siostrą wwieziono do karetki. Poczuła jeszcze większe zmęczenie, a wokół słyszała jedynie "tylko nie odchodź!".

Obudziła się w szpitalu. Miała na sobie masę ran i gips na nodze. Rozejrzała się po sali i zauważyła wpatrującą się w nią pielęgniarkę, która miała łzy szczęścia w oczach.
- Kochanie! Na szczęście żyjesz! Spokojnie, już wszystko w porządku. - odezwała się piskliwym głosem.
- A-a-ale co się stało. - odpowiedziała nieco zdumiona.
- Nie ważne! Grunt, że żyjesz!
- Gdzie moi rodzice? Gdzie Sarah?
Twarz pielęgniarki nagle posmutniała. Chwilę milczała, po czym odezwała się chrypliwym głosem:
- Twoi rodzice nie żyją... A Sarah walczy o życie na oddziale intensywnej terapii. W jej rany wdało się mocne zakażenie...
- Muszę ją zobaczyć! - zerwała się z łóżka, ale szybko została powstrzymana przez pielęgniarkę
- Musisz odpoczywać. Twoja siostra też nie czuje się za dobrze i również przydałby się jej odpoczynek. Jeżeli sama nie chcesz odpoczywać, to chociaż jej na to pozwól.
Annabeth oparła się o łóżko i przymknęła oczy.
- Dobrze... - to jedyne co wypowiedziała nim zapadła w sen.

Minął pierwszy dzień. W szpitalu zjawiła się ciocia dziewczynek, która po śmierci swojej siostry postanowiła dać im dach nad głową. Jednak Sarah była pisana śmierć. Zmarła po trzech dniach od wypadku z powodu zakażenia i odłamków szkła, które utknęły w mózgu. Po tygodniowej obserwacji postanowiono wypisać Annabeth ze szpitala. Ciocia kupiła jej kilka chwilowych ubrań i pomogła wejść do auta. Po dotarciu do domu wskazała tymczasowy pokój i kazała rozgościć jej się. Dziewczyna przytuliła swojego kochanego misia i zaczęła płakać. Miś jak dobry przyjaciel pozwalał Annabeth wypłakiwać smutki w swoje pluszowe ramię. Dziewczyna chciała zapomnieć o wszystkim złym, co ją dotychczas spotkało. Jednak nie mogła, ponieważ cały czas myślała o wypadku i o dziwnym uczuciu, które zniknęło nagle w przeddzień katastrofy. Jednak fakt ten wzięła za zbieg okoliczności i poszła coś zjeść.

Minął miesiąc. Z nogi Annabeth postanowiono zdjąć gips. Zadowolona, że w końcu będzie normalnie funkcjonować postanowiła odwiedzić groby swoich bliskich, pochowanych w miejscowym cmentarzu. Dowiedziała się, że została przepisana do nowej, pobliskiej szkoły. Trochę się tym zmartwiła, ale zaraz porzuciła tę myśl. Dotarła  do bramy cmentarnej. Poprosiła o chwilę samotności i ruszyła w stronę grobów. Usiadła na ławce naprzeciwko i zaczęła rozmyślać. Zauważyła, że przy grobach obok stoi pewien chłopak. Najwidoczniej zauważył jej ciekawski wzrok na sobie i się obrócił, zaczynając rozmowę:
- Cześć. Jestem Taylor. Nowa w okolicy?
- Tak - burknęła, a po jej policzkach mimowolnie spłynęły łzy.
- Tutaj leży twoja rodzina, tak?
- Rodzice i siostra...
- Też kiedyś miałem rodziców, ale ich straciłem. To był nieszczęśliwy wypadek.
- Moja rodzina zginęła w wypadku... Pamiętam to jakby było wczoraj.
- Moi rodzice zginęli w pożarze... Te płomienie...
Chłopak nagle zamarł, a jego oczy otworzyły się szeroko. Postanowiła odciągnąć go od jego myśli.
- Mieszkasz tu od dawna?
- Od dziecka, a ty?
- Od miesiąca...
Taylor spojrzał na zegarek, po czym się odezwał:
- Przepraszam, muszę iść. Miło było cię poznać. Mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy. Może następnym razem w milszym miejscu? To na razie!
- Cześć - wyszeptała Annabeth, czując przyśpieszone bicie serca.

Następnego dnia poszła do szkoły. Okazało się, że poznany na cmentarzu Taylor Cave chodził do tej samej szkoły, a nawet do tej samej klasy. Szybko się zaprzyjaźnili, a później zostali parą. Wszystko było już w porządku. Dni mijały normalnie... Do czasu. Rok później zaczęła miewać dziwny sen. Pewnego dnia pojawił się znikąd. Rozpoczynał się na leśnej polanie.

Jedynym źródłem dźwięku na rozległej, leśnej polanie był cichy szelest gdy nagle się tam pojawiła. Delikatny wiatr rozwiał jej jak zwykle idealnie ułożone włosy. Podmuch nasilał się z każdą chwilą. W oddali rozległ się odgłos jakby ktoś kroczył po ściółce, łamiąc przy tym wszystkie gałązki rozrzucone na ziemi. Kroki przybliżały się coraz bardziej. Do łamania gałęzi dołączył dźwięk przedzierania się przez krzaki. Temu komuś kto szedł w jej kierunku nie zależało na dyskrecji. A to znaczyło, że był znacznie potężniejszy od niej i doskonale wiedział o swojej sile. Wstała z pozycji klęczącej i dokładnie rozejrzała się dookoła, próbując przebić wzrokiem nieposkromioną ciemność, która pojawiła się w momencie przybycia wiatru. Nagle poczuła czyjś ciepły oddech na karku. Odwróciła się w tamtą stronę. Nic nie wyróżniało tego miejsca. Za jej plecami rozległ się przerażający śmiech.
 - Kim jesteś? - rzuciła w przestrzeń, starając się, aby jej głos zabrzmiał pewnie, a nie tak jakby się bała.
- Twoim największym koszmarem. Teraz nie musisz widzieć mojej postaci. Wkrótce spotkamy się w prawdziwym świecie. Nie powiem, że będzie to dla ciebie przyjemne spotkanie. - Głos, który wypowiadał te słowa był tak przyjemny dla ucha, że mimo, iż okropnie bała się jego właściciela, a jego wypowiedź była okrutna nie chciała, żeby przerywał. - Do zobaczenia. Wkrótce.
Głos umilkł, a echo powtórzyło jego ostatnie słowa. Stała oniemiała, patrząc jak wszystko wraca do porządku dziennego. Ciemność znikła, wiatr umilkł. Nagle znikąd w jej dłoniach pojawił się zakrwawiony skrawek papieru.

Nie odwracaj się.

Jej umysł zareagował tak, jak zareagowałby każdy inny. Odwróciła się, a w jej stronę leciał nóż, który przebił jej serce zaprzestając bić.


Codziennie miewała ten sam sen. Męczył ją. Za każdym razem zasypiała z niepokojem, wiedząc, że przyśni jej się to samo. Nagle zupełnie przestała o nim śnić. Cieszyła się z tego faktu, ale czuła również niepokój. Przypomniała sobie to dziwne uczucie, które czuła rok temu. Postanowiła opowiedzieć o nim Taylorowi, jednak on ku jej rozczarowaniu nie uwierzył jej i powiedział, żeby się nie bała, bo "koszmary nigdy się nie spełniają w prawdziwym życiu". Ją to jednak nie uspokajało, ale jeszcze bardziej niepokoiło.

 Dzień po tym, jak przestała miewać ten niepokojący sen, na swojej toaletce zobaczyła czarną różę. Wyciągnęła rękę w jej stronę, lecz wtedy róża zaczęła krwawić, a jej ręce w niewiadomych okolicznościach zostały poranione. Ciocia szybko zawiozła ją do szpitala. Tam jednak okazało się, że rąk nie da się wyleczyć, a jedyne co zostaje to bandażowanie ran i ciągła zmiana opatrunków. Tajemnicza róża okazała się przeklęta, ale w dniu jej pojawienia się nikt jeszcze o tym nie wiedział.
Tydzień po wizycie w szpitalu zginęła jej ciocia. Zachorowała nagle na nieznaną lekarzom chorobę. Ponieważ Annabeth miała 17 lat, nie zabrano jej do domu dziecka. Dzień później na tej samej toaletce znalazła znajomy ze snu skrawek kartki z napisem "Nie odwracaj się". Przerażona wybiegła z domu, zamykając go na klucz. Klucz ukryła w ogrodzie i zakopała go głęboko pod ziemią. Pobiegła w stronę domu Taylora, by poprosić go o schronienie. Chłopak nie odmówił. W końcu po kilku dniach postanowiła opowiedzieć mu o swoich przeżyciach, które wcześniej nie chciała zdradzić. Taylor również i w to nie uwierzył, ale przeczuwając, że dziewczyna nie będzie się czuła bezpiecznie przysiągł jej, że pójdzie sprawdzić dom. Wrócił do niej po około godzinie, twierdząc, że niczego nie znalazł. Trudno mu było powiedzieć coś innego, gdyż tak naprawdę wcale nie był sprawdzić domu. Uznał to za lekką paranoję Annabeth dlatego się tym nie przejął.

Z Annabeth było coraz gorzej. Nieważne czy w dzień, czy w nocy, słyszała tajemnicze szepty. Głosy te były podobne do głosu tego dziwnego mężczyzny ze snu. Była pewna, że to on chce ją doprowadzić do szaleństwa. Jak było widać, całkiem skutecznie. Z każdym dniem była coraz bardziej niestabilna umysłowo. Tym już Taylor się lekko przejął, a tak właściwie to trochę bardziej się zaniepokoił o własną skórę. Zaprowadził ją do psychiatryka, gdzie była pod stałą opieką psychologa. Nie zostawił jej i  odwiedzał ją każdego dnia. Męczyły go myśli, co by było gdyby jej uwierzył lub gdyby chociaż sprawdził ten dom? Postanowił, że jej nie opuści, a przynajmniej na razie. Tak naprawdę był mało zainteresowany Annabeth już od czasu gdy powiedziała mu o swoim cyklicznym śnie. Myślał wtedy, że zwariowała i przestał się nią już tak bardzo przejmować, w obawie o swoje zdrowie psychiczne. Jednak ona wiedziała to wszystko i przysięgła samej sobie, że kiedyś mu to powie prosto w twarz.

Pewnego dnia, mniej więcej trzy miesiące po pierwszej wizycie obudziła się w środku nocy. Była północ. Zmęczona swoim szaleństwem poszła przemyć swoją twarz zimną wodą. Miała nadzieję, że potem uda jej się ponownie zasnąć. Wróciła z łazienki. Na jej łóżku była bardzo mocno kojarząca jej się kartka. Podniosła ją i przeczytała. Widniał na niej napis "Nie odwracaj się." 
Była tym wszystkim tak zmęczona, że postanowiła się obrócić. Była znudzona tym całym szaleństwem i pragnęła zginąć. Przymknęła oczy. Jednak ku jej zaskoczeniu nie poczuła noża w swojej klatce piersiowej. Postanowiła otworzyć oczy i w końcu poznać swojego prześladowcę, ale widok, który ujrzała spowodował, że zamarła niezdolna do jakiegokolwiek ruchu...

Ciąg dalszy nastąpi...

Mamy nadzieję, że podobał Wam się ten początek naszego strasznego makaronu xD
Ciąg dalszy pojawi się już wkrótce, dlatego wyczekujcie kolejnego postu.
Pozdrawiamy! ^^
Taeyeon i Kimiko ♥

wtorek, 5 stycznia 2016

Nie będzie następnego razu

Hej! Witam Was kochani czytelnicy! :)
Z tej strony ponownie Sangrim!
Od razu Was ostrzegam, że to NIE JEST TEN POST KTÓRY WCZEŚNIEJ ZAPOWIADAŁAM. Mamy małe "problemy" a ponieważ dawno nic nie pojawiło się na blogu, to postanowiłam, że może coś napiszę. Coś mnie natchniło by napisać takie krótkie opowiadanie w stylu fantasy. Według mnie nie jestem zbyt utalentowana jeżeli chodzi o pisanie, ale postanowiłam spróbować. Raczej nie sądzę, że to opowiadanie będzie świetne i wciągające, ale mam nadzieję, że chociaż jednej osobie się spodoba ;)
To do dzieła! XD


~~~

Czasami cena za spełnienie obowiązku jest za wysoka, ale mimo wszystko trzeba się z nią pogodzić.

Jedyne co Navis zdążyła ujrzeć przed utratą przytomności był kawałek połyskującego w słońcu metalu, który prawdopodobnie był mieczem przeciwnika. Otrzymała wyjątkowo mocny cios w głowę, co pozbawiło ją świadomości na dobre kilka godzin.

Obudziła się na miękkim łożu w jakimś namiocie. Otworzyła oczy próbując zbadać okolicę, lecz wszystko ku jej rozczarowaniu zaszło mgłą, która wcale jej nie pomagała w badaniu środowiska. Poczuła jakby coś ją gniotło w plecy. Po chwili kręcenia się na łożu doszła do wniosku, że na szczęście nic nie stało się z jej skrzydłami, tak, skrzydłami. Navis była jednym z aniołów - patronów. Jej zadaniem była ochrona swojego podopiecznego. Na ziemi niewiele mogła wskórać, lecz w chmurach jej najpilniejszym obowiązkiem było stróżowanie Alanowi - jej piętnastoletniemu podopiecznemu. Jednak sama Navis była w tym samym wieku, co oznaczało brak większego doświadczenia. Na ziemi Alan zmarł przez bardzo groźną chorobę, w chmurach mógł zginąć z rąk demonów, a ponieważ takich nie brakowało, Navis miała powód do zmartwień i musiała nie odstępować go na krok. Pewnie zastanawiacie się czym są Chmury? Chmury to kraina gdzieś pomiędzy ziemią a niebem (lub ewentualnie piekłem). Można ją nazwać czymś w rodzaju czyśćca, tylko że w bardziej magicznej odsłonie. Chmury to tak w skrócie mówiąc magiczna kraina, która wygląda tak jak stereotypowa baśniowa kraina.

Navis usłyszała jakieś kroki.
- Wszystko w porządku? - zapytał ciepły w brzmieniu, lekko chłopięcy głos
- Yrgh... - zamruczała Navis, po czym postanowiła usiąść na łożu
- Nie wstawaj jeszcze! Jesteś jeszcze za słaba! - zaczął sprzeciwiać się głos
- Co do...? - zdziwiła się dziewczyna, ponieważ "mgła" w końcu opadła
- Spokojnie, leż...
- Gdzie ja jestem?! - krzyknęła młoda dziewczyna, ponieważ była trochę zaskoczona widokiem chłopaka.
Gdy powtórnie mogła bez jakichkolwiek "mgieł" patrzeć przed siebie, postanowiła przyjrzeć się jemu. Ach no przecież, to był Alan. Nie wiedziała dlaczego go nie poznała. Chłopak miał lekko przydługawe, czarne włosy, opadające delikatnie na jego lewe oko. Jego oczy miały kolor bardzo ciemnego brązu, były prawie czarne. Pomimo swojego młodego wieku, miał w kąciku ust mały kolczyk. Ogółem ubierał się w stylu, który można roboczo nazwać "luźnym". Aktualnie miał na sobie czarne jeansy, czerwoną koszulę w kratkę a pod spodem nosił białą bluzkę i srebrny łańcuszek. Można powiedzieć, że ten luzak był całkiem przystojny.

- Ey, ey! Laska! Uspokój się! - zaśmiał się Alan - Przytachałem cię tu, bo dość mocno oberwałaś od tego demona.
- Ehehehe... - odpowiedziała zawstydzona Navis, ponieważ to ona miała go bronić, nie na odwrót - Emmm... A to jak nas uratowałeś?
- Normalnie. Wziąłem twoją wykałaczkę i zacząłem walczyć. Tyle.
- Tiaaaaa bohaterze... A pozatym to nie jest wykałaczka tylko miecz!
- Och... Naprawdę? - droczył się dalej chłopak, a jego zadziorny charakter zaczął brać nad nim górę
Po czym Alan zdjął koszulę i rzucił ją na prowizoryczny stolik a następnie wyszedł z namiotu. "I on to sam zbudował? Nieźle..." - podziwiała dziewczyna. Następnie wyszła z namiotu by dołączyć do chłopaka.
- Sam budowałeś? - odezwała się
- Yhm... - mruknął - Jesteś głodna?
- Nawet nie...
- No jasne... Nie kryj się tak. Wiem, że onieśmielam cię, ale to nie znaczy, że masz bać się prosić mnie o drobiazgi. - zaśmiał się Alan
- Chciałbyś! - odkrzyknęła - No ale jak Panu Skromnemu to zrobi przyjemność to prosze, przynieś mam coś do jedzenia.
Chłopak w odpowiedzi tylko cicho zaśmiał się i wrócił do namiotu.

Chwilę później przyszedł z dwoma talerzami naleśników i usiadł na trawie obok Navis podając jej drugi talerz.
- Smacznego. - powiedział
- Dzięki, smacznego. - odpowiedziała, po czym spytała - Skąd ty je w ogóle wziąłeś?
- Magia! - uśmiechnął się Alan
Rzeczywiście, to trochę brzmiało magicznie. W końcu mieli zapas żywności i innych przedmiotów codziennego użytku, ale zastanawiało ją jak zdołał sporządzić posiłek bez użycia kuchenki? No w prawdzie mógł rozpalić ognisko, ale nadal nie rozumiała dlaczego miałby się tak z tym kryć. Przecież mógł je rozpalić na zewnątrz namiotu. Jednak to niezbyt obchodziło dziewczynę, ważne dla niej było, że miała czym napełnić żołądek.

Następnego dnia wyruszyli w dalszą drogę. Mieli misję do wykonania, a tak właściwie to sama Navis miała misję. Król Chmur, Dawegon, podejrzewał coś u Alana. Zdradził jej, że czuje w nim coś niezwykłego. Droga Szła dość szybko, dopóki nie weszli w tą ciemniejszą stronę Chmur - Kanion Gashegyor. Tam mieściło się siedlisko demonów. Już na sam koniec drogi przez kanion zostali prawdopodobnie napadnięci przez demony i oboje stracili przytomność.

Oboje "wrócili do żywych" w jakimś miejscu przypominającym klatkę. było dość ciemno.
-Alan! Ej! Wstawaj! - zaczęła krzyczeć Navis
- Nie widzisz, że śpię? - zamruczał chłopak
- Jak zaraz nie wstaniesz, to możesz się potem już nie obudzić!
- I tak już umarłem... Tam na ziemi... - powiedział bez żadnego przejęcia
- Wstawaj albo osobiście ci pomogę!
- No dobra, jak masz o to robić tyle hałasu... - powiedział z wyraźnym niezadowoleniem - Ey! Gdzie my jesteśmy?!
- Nie wiem, ale... - Nie zdążyła dokończyć, ponieważ ciemność zaczęła się rozpraszać, a drzwi klatki się otworzyły
Znajdowali się na czymś przypominającym arenę. Dookoła było mnóstwo demonów, krzyczących coś w rodzaju "Hagon, Hagon, Hagon!". "Co to jest Hagon?" - pomyślała Navis, lecz odpowiedź sama przyszła. Z drzwi naprzeciwko wyszedł jakiś dziwny, rogaty i obrzydliwy potwór.
- No! Wyłazić! - wrzasnął jakiś gruby męski głos, po czym oboje zostali wypchnięci z klatki.
Drzwi za nimi się zamknęły. Mieli dosłownie chwilkę by się rozejrzeć. Navis szukała jakiegokolwiek wyjścia i ujrzała coś. Z boku ujrzała jakieś drewniane, małe drzwi przez które wyraźnie wydobywało się światło. Nagle rozbrzmiał odgłos gongu, a bestię spuszczono z łańcucha. Zaczęła się walka. Nie była jakoś mocno efektowna. Cały czas Navis i Alan uciekali przed tym potworem. Trwało to może z kilka długich minut.
- Dobra, koniec! - krzyknęła Navis, po czym podleciała do strażnika stojącego na murze, wyrywając mu miecz. Następnie uniosła się na wysokość mniej więcej 4 metrów, by być na równi z potworem. Następnie zaczęła atak. Robiła uniki, skoki, zrywy i atakowała potwora mieczem. W końcu udało jej się zranić go w oko, bardzo go przy tym denerwując. Ten jednak stracił zainteresowanie Navis i obrócił się w stronę Alana, a następnie zapluł w jego stronę ogniem. Navis nie miała za dużo czasu na reakcję. Ruszyła w jego stronę, by uratować swojego podopiecznego. Alan próbował uciec, ale strumień ognia był za szeroki i nie zdołałby przed nim uciec. Navis już prawie była przy nim, tak samo jak ogień. Już stanęła obok niego lecz ogień był za blisko. Przytuliła go do siebie i zakryła go swoimi skrzydłami. Tylko tyle była w stanie zrobić. Arena okryła się kurzem...
- Aaaaargh! - odbił się echem krzyk Navis, a cała widownia zaczęła szeptać
Kurz opadł, a w kącie areny ukazał się szokujący widok. Obok Alana leżała Navis, lecz nie ta Navis, inna Navis. Otworzyła oczy, obawiając się pewnej rzeczy. Szybko chwyciła się za plecy. Jej obawy się spełniły.
- Hey! Wszystko w porządku?! - zapytał panicznie Alan - Odpowiedz! Proszę! W porządku?!
W odpowiedzi dostał smutne spojrzenie dziewczyny, a po jej policzkach poleciały łzy. Zrobiła ruch jakby chciała rozprostować skrzydła lecz... Skrzydeł nie było. Zamiast nich, zostały obwęglone kikuty.
- Och... Nie martw się... Odrosną... - chciał ją pocieszyć, lecz sam dobrze wiedział, że skrzydła nie odrastają
Wtedy tłum na widowni zaczął buczeć, a pojedyncze demony zaczęły zchodzić na arenę, przy okazji denerwując potwora. Teraz pojawiła się szansa na ucieczkę. Alan chwycił za rękę płaczącą dziewczynę i wywarzył drzwi, umożliwiając im ucieczkę. Opuścili arenę i pobiegła w stronę lasu.

Po chwili doszli do wniosku, że zdołali uciec. Zamiast się cieszyć i śmiać się ze swojego szczęścia, zapadła niezręczna cisza. Navis szła powoli, rozstrzęsiona utratą skrzydeł. Wiedziała z czym to jest związane. Teraz już nie mogła stróżować Alanowi, prawo tego zabraniało. Anioł bez skrzydeł nie mógł pełnić już swoich funkcji, był traktowany jak kaleka. Ciszę postanowił przerwać Alan.
- Nie martw się, wszystko będzie dobrze - lekko uderzył ją w ramię i próbował się uśmiechnąć
- Nic już nie będzie dobrze... - powiedziała ze smutkiem i powagą
- Następnym razem musimy bardziej uważać.
- Nie będzie następnego razu... - powiedziała i ręką pokazała gest, że chłopak ma zamilknąć i się o nic nie pytać
Dalsza droga minęła w ciszy...

~~~

No to tyle XD
Czuję, że chyba zmarnowałam w miarę OKai scenariusz, no ale mam nadzieję, że nie było aż tak źle ;)
Do następnego postu! (przewiduję, że będzie to już ten obiecany post xD)
Pozdrawiam
Sangrim  ^^

Paczka informacji :)

Witajcie nasi czytelnicy :)
Z tej strony Sangrim (dawniej Kimiko).
Dzisiaj przedstawię Wam pewną krótką informację. :)

Pewnie zauważyliście, że w autorach bloga można znaleźć nową osobę - Sangrim. No cóż, to po części tylko nowa osoba. Tak naprawdę to ja - Kimiko, po zmianie nazwy (myślę, że po wstępie zaczeliście to akurat podejrzewać XD) . Powiem Wam w takiej małej tajemnicy, że tamten nick mi się znudził, a ponieważ kiedyś wpadłam na taką pewną ciekawą nazwę to pomyślałam sobie "Dlaczego by nie?".
Czyli w skrócie - Sangrim to ja, tylko pod nową nazwą, także nie dziwcie się, że w następnych postach będę się podpisywać nową nazwą.

Tak, wiem, że trochę z tym zwlekałam XD

No koniec już XD
Mam nadzieję, że wszystko przedstawiłam w miarę jasno i sensownie.
Pozdrawiam
Sangrim (Kimiko) :)

piątek, 18 grudnia 2015

Zapowiedź czegoś specjalnego ;)

Witajcie kochani czytelnicy! ^^
Z tej strony Kimiko.
W tym poście poznacie dwie postacie, które pojawią się już w przyszłym tekście. Na razie nie będę zdradzać co tak dokładnie szykujemy z Taeyeon, ale mam nadzieję, że nam to wybaczycie xD
Chcemy zrobić Wam małą niespodziankę ^^
Postanowiłam umieścić opisy postaci przed dodaniem "postu niespodzianki", ponieważ niektóre cechy wyglądu nie do końca są zawarte w tekście, a poza tym, będziecie mogli sobie ich wyobrazić i (mam nadzieję :P) będziecie może bardziej wyczekiwać tego postu.

A oto i postacie:

Annabeth Thames - wysoka nastolatka (1.75m), szczupła, prawie całkowicie biała cera, kruczoczarne, proste włosy długie za pas upięte w kucyk lub kłos, niebieski kolor oczu (pod słońce prawie białe), zazwyczaj ubrana w czarne glany, czarną, skórzaną kurtkę i pastelowe bluzki i spodnie, potrafi ukrywać emocje za ćwiczoną wiele lat maską spokoju, czasami puszczają jej nerwy, niewiele osób jest w stanie ujrzeć jej uśmiech, kiedy nie radzi sobie ze swoim życiem przytula się do swojego pluszowego misia i tonie w łzach, szesnastolatka.

Taylor Cave - bardzo wysoki chłopak (1.85m), szczupły, umięśniony, czarnowłosy, zazwyczaj ma postawione włosy, chyba, że nie ma czasu na ich wymodelowanie to wtedy chodzi w przydługiej grzywce, która niemal zakrywa mu oczy, lekko odstające uszy, kolor oczu niemalże tak czarny, ze nie można rozróżnić soczewki od spojówki, jasny kolor skóry, maniak bluz i jeansów, miłośnik czarno-białych kolorów, zobaczyć go w innych to zaszczyt, względem ludzi otwarty i sympatyczny, moment, w którym się nie uśmiecha jest dla niego straconą chwilą, szesnastolatek.

Może na początek powiem, że nie robię tego sama. Oczywiście współpracuję z Taeyeon ^^

Mam nadzieję, że Was chociaż troszeczkę zaciekawiłam ^^
Do zobaczenia w następnym poście! :)
Kimiko

środa, 25 listopada 2015

Mity, czyli o potężnym Nuhu i wielkim Airotkiwie

Hejka :)
Z tej strony po dość długiej przerwie Kimiko i Taeyeon. Dzisiaj przybywamy do Was z "mitycznym postem". A tak serio to chodzi o to, że chwilę temu dostałyśmy zadanie, aby napisać mit na temat jak według nas powstała Ziemia. Postanowiłyśmy umieścić tu nasze opowiadania :)
Miłego czytania :)          

MIT TAEYEON

"Bolesny początek świata"

       Przed miliardami lat jedynym co wyróżniało się z nieprzeniknionych ciemności, które rozciągały się gdzie tylko sięgnąć wzrokiem, była ognista kula krążąca wokół własnej osi. Nie było na niej istot żywych i nic nie zapowiadało tego, że ktoś lub coś mogłoby zaistnieć w ogromnych temperaturach występujących wewnątrz i na jej powierzchni.
          Z każdym dniem kula powiększała się, tworząc wokół siebie łunę rozświetlającą ciemności. Kiedy światło stało się wręcz oślepiające i mrok został niemalże kompletnie pochłonięty, wśród pyłów i dymu krążących w powietrzu pojawił się zarys sylwetki rosnący z nasilaniem się nieprzyjemnych uchu dźwięków. Nagle na palącej się powierzchni postawił swoją święta stopę Nuh - istota powstała z iskier ognia rozsianych w ciemnościach.
            Nikt nie wie jak tak naprawdę wyglądał pierwszy z bogów. Wiadomo było o nim tyle, że miał serce zbudowane z lodu, gdyż po stworzeniu ognistego ciała środek został pusty i się nim wypełnił. Istota z kawałkiem zamarzniętej wody zamiast prawdziwego serca nie mogła być dobra.
           Gdy Nuh pojawił się na ognistej planecie, którą nazwał Xoe lód szybko stopniał. Po pozbyciu się lodowej warstwy okazało się, że pierwszy bóg ma serce równie gorące jak ziemia, po której stąpał. Nuh zapragnął, aby na planecie pojawił się ktoś, z kim mógłby porozmawiać jednak, nie wiedział jak ma to uczynić. Czując brak wiary w siebie usiadł na ognistej powierzchni Xoe i rozpłakał się rzewnymi łzami. Gdy pierwsza kropla wody upadła na rozgrzaną do ogromnych temperatur ziemię, rozległ się cichy syk i planeta zadrżała w posadach. Nuh pogrążony w swojej rozpaczy nie odczuwał wstrząsów i nadal ronił łzy. Jak wielkie było jego zdumienie, gdy na ziemi u jego stóp pojawiło się ogromne pęknięcie, które nagle otworzyło się, ukazując wnętrze Xoe i roztaczając wokół siebie potężną moc. Gdy fala siły uderzyła w Nuha, ten aż się zatoczył i upadł. Z niedowierzaniem patrzył na swoje dłonie, w których nagle poczuł potężną moc twórczą, po czym podniósł się z miejsca, pragnąc stworzyć sobie towarzysza. Nim zdążył chociażby pomyśleć o tym, jak przyjaciel ma wyglądać, rozległy się odgłosy kroków, a ogień na planecie Xoe zaczął gasnąć. Po palącej się powierzchni nie zostało nic. Zastąpił ją piasek. To było jedyne co Nuh widział w zasięgu wzroku. Zmrużył oczy zaskoczony zapadnięciem półmroku dookoła i zauważył zarys czyjejś postaci na horyzoncie.
- Zaczekaj! - krzyknął Nuh i z obawy, że kolejny mieszkaniec tej planety go nie usłyszy, stanął mu na drodze.
- Przepuść mnie. - warknął zaczepiony, raniąc pierwszego boga, który już zaczął wierzyć, że znalazł przyjaciela.
- Nie! Nie mogę przepuścić! Musimy zostać przyjaciółmi! - wykrzyknął Nuh nagle przerażony perspektywą samotnego pobytu na planecie.
- Odejdź. - słowo, które padło z ust nowo przybyłego sprawiło, że Nuh poczuł ukłucie w sercu.
- Nie! Nie mogę! Musimy być przyjaciółmi! - krzyknął zrozpaczony bóg, patrząc na odpychającą go od siebie postać. 
- Potężny Haed nie potrzebuje przyjaciół! Sam jestem doskonały. Nikt nie musi mi pomagać ani...
- Pomagać w czym? - przerwał mu zaciekawiony Nuh.
- W tworzeniu Ziemi. - odpowiedział łaskawie Haed, patrząc na starszego z odrazą wyraźnie wypisaną w oczach. 
- Pomogę ci. - zaoponował pierwszy bóg, posyłając młodszemu nieśmiały uśmiech.
- Nie. Odejdź. - rzekł, wyciągając otwartą dłoń w kierunku Nuha. Ten poczuł nagły ból, który powalił go na kolana. Jedno słowo zabiło starszego boga.
- Przyjaciele. - wyszeptał Nuh ostatkiem sił, naśladując gest Haeda. Po czym zamknął oczy i już nigdy ich nie otworzył, a jego ciało rozpadło się na miliardy ognistych iskierek, które uniosły się w mrok, tworząc gwiazdy.
           Haed szedł dalej, ciesząc się z zabicia rywala. Nie widział jak w niewielkiej oddali za nim znikąd pojawia się Kaeb - pierwszy mężczyzna i Eunji - pierwsza kobieta. Osobno posiadali oni niewielką moc, jednak jednocząc siły, mogliby nawet unicestwić Haeda. Bóg, gdy tylko wyczuł zagrożenie w postaci innej siły, wymyślił niewykonalne dla jednego człowieka zadanie. Jednak nie wziął pod uwagę, że Kaeb i Eunji byli najlepszymi przyjaciółmi, a razem bez problemu mogli oni wykonać tę misję. Polegała ona na tym, że obecny główny bóg stworzył dwanaście potężnych wilków. Każdy z nich pojawił się z rozbłyskiem tajemniczego znaku na niebie. Zadaniem ludzi było odszukanie symboli znajdujących się przy każdym zwierzęciu i ułożenie z nich wzoru, którego jedna osoba nie byłaby w stanie zapamiętać. Jednak dla dwóch nie był to problem. Wraz z odszukaniem każdego kolejnego symbolu powstawało na planecie coś nowego. Pierwszy znak umożliwił powstanie morza, a ostatni - zwierząt. Ludzie uporali się z zadaniem nad wyraz szybko, co spowodowało ogromny gniew Haeda. Postanowił on rozdzielić przyjaciół tak, aby cierpieli z tęsknoty.
             Od tej pory Kaeb włada dniem, przemierzając niebo w postaci słońca i nigdy nie jest w stanie ujrzeć Eunji - księżyca. Mimo to pan światłości nie traci nadziei na ich powtórne spotkanie. Haed na miejsce pierwszych, znienawidzonych ludzi stworzył nowych, których pokochał całym sercem.
             W ten sposób z ogromnego cierpienia i bólu wielu istot powstał piękny świat, po którym obecnie stąpamy.   


W tym miejscu mój mit się kończy. Teraz pora Kimiko na wykazanie się ;D

MIT KIMIKO

Mit o powstaniu świata 

          Dawno temu, po odległych krańcach galaktyki, podróżował duch Hecaitomix. Była to pierwsza istota. Pewnego dnia Hecaitomix postanowił, że stworzy ziemię i istoty podobne do niego. Z promieni najbliższej gwiazdy - Słońca, wyrzeźnił swojego syna - Airotkiwa. Połączyli swoje siły, by stworzyć dobry świat. Airotkiw za pomocą swojej nadludzkiej siły gromadził wielkie kamienie, a Hecaitomix łączył je swoim umysłem. Gotowa kula była niezbyt ładna, pokryta zieloną masą. Airotkiw dmuchnął w nią i tak z zielonej masy pod wpływem silnego powiewu uformowały się rośliny. Hecaitomix odciął sobie cztery palce, robiąc z nich ogromne oceany. Dopracowali wszystkie szczegóły. Przyszła pora na istoty rozumne. Airotkiw, bóg słońca, złapał trzy skały kosmiczne - dwie zwykłe i jedną niebieską. Z tych pierwszych powstali pierwsi ludzie, mężczyzna Asgaya i kobieta Nurum. Trzecia skała była wyjątkowa. Pierwsi bogowie wyrzeźbili z niej piękną bogini - opiekunkę wód. Na imię jej było Wenet. Razem z Airotkiwem tworzyli opiekuńczą boską parę.
     To ich najbardziej wysławiali ludzie, Hecaitomix nie był z tego zadowolony. Postanowił, że zniszczy ludzi. Na świecie zaczęło się cierpienie i  zło, czego wcześniej nie było. Boska para postanowiła unieszkodliwić ducha, który stał się już demonem. Stworzyli złotą szkatułkę, w której chcieli zamknąć Hecaitomix. Ludzie również postanowili pomóc. Jak tylko mogli, próbowali przegnać złego demona. Tworzyli amulety Taruk i Hassa, czyli światła i pomyślności. Modlitwy do Airotkiwa i Wenet nie ustawały. Bogowie obmyślili plan - Wenet miała wspierać ludzi na ziemi, a Airotkiw strącić demona do Attaru, krainy wygnańców. Airotkiw w końcu stawił czoło Hecaitomix. Rozpoczęła się rozmowa.
- Ja, bóg słońca, mąż Wenet, Airotkiw, nakazuję ci przestać - zaczął Airotkiw - Jeżeli odmówisz, skutki będą opłakane!
- Tak? - odpowiedział Hecaitomix - Nie pamiętasz może kto cię stworzył? Może ja, synu?
Na te słowa bóg słońca stanął jak wryty i odrzekł z wyrzutem:
- Nie jest to teraz ważne, ojcze. Ostrzegam cię! Zaprzestań tego!
- Nic mnie nie powstrzyma! Nawet ty! - krzyknął demon - Siódma era zostanie rozpoczęta!
- Jaka siódma era?
- Era upadłych. Wszyscy ludzie staną się upadłymi aniołami!
- Nie dałeś mi wyboru. - odrzekł Airotkiw, po czym wyjął swój ognisty miecz.
- Niech będzie - wymamrotał Hecaitomix
Rozpoczęła się walka na śmierć i życie. Demon był potężny, bardziej niż przypuszczał bóg słońca. Wenet widząc, że mąż nie daje rady, postanowiła mu pomóc. Miała wyznaczone zadanie i nie mogła go porzucić, więc postanowiła stworzyć Burzową Gwardię. Złapała w swe ręce dwadzieścia błyskawic i  z nich ulepiła wilki ubrane w złote zbroje.
- Do walki Burzowa Gwardio! - rozkazała z niepokojem w głosie Wenet - Do boju!
Tymczasem nadal trwało starcie. Hecaitomix już miał odciąć rękę Airotkiwowi, gdy nagle skoczyła na niego cała Burzowa Gwardia. Bóg słońca skorzystał z okazji i wciągnął demona do szkatułki, a następnie wrzucił ją do Oceanu Wyklętych. Skrzynka tak mocno uderzyła o dno, że powstała tam wielka szczelina, w której chowają się do dziś Krzykacze. Po skończonej walce Airotkiw dostrzegł skalę zniszczeń. Na ziemi powstały pustynie, góry, wąwozy i lodowce. Ludzie cieszyli się triumfem boga. Burzowa Gwardia zasiadła po obu stronach tronu boskiej pary.
        Wszystko wróciło do normy, prawie wszystko. Hecaitomix zaraz przed klęską zdążył stworzyć ze swojej krwi nowych służących, Kuszytry oraz ich przywódcę Śmierciożercę, pana śmierci. Osiedli oni w pałacu pod Pustynią Płaczących Dusz, gdzie bogom wstęp był wzbroniony. Przez dzieło Hecaitomix na świecie nadal pozostało zło, mniejsze, ale nadal zostało. Śmierć dosięgła tych najstarszych. Mimo starań bogów, świata nic już nie mogło oczyścić. Ludzie żyli w strachu, dlatego Wenet zesłała na ziemię anioły, zwierzęta, aby troszczyły się o ludzi, a ludzie o nie. W ten sposób narodził się świat, człowiek, zwierzęta, dobro, zło i śmierć.


Ciekawe czy ktoś rozpozna pewne "bardzo zainspirowane" elementy w moim micie xD
No, to już koniec.

Dziękujemy Wam serdecznie za przeczytanie.
Już niedługo może pokazać się coś myślę, że fajnego. ^^
To co? Do następnego postu! Pozdrawiamy ;)
Taeyeon i Kimiko 

niedziela, 1 listopada 2015

Aktualizacja do postu "Maze Runner"

Witam Was kochani :)
Piszę na szybko z telefonu, dlatego ten post nie będzie za długi.
Chciałbym poinformować Was o zmianie oceny końcowej w poście z recenzją gry "Maze Runner". Możecie sprawdzić jakie zmiany zaszły. Wspomnę też, że moja ocena gry się podniosła. Opis zmiany znajdziecie pod oceną końcową (napis AKTUALIZACJA). Dziękuję, za przeczytanie i przepraszam za ten mały incydent ^^
Do zobaczenia!
Kimiko :)